poniedziałek, 20 marca 2017

Dieta, plany na przyszłość i strach

Dzień dobry.

Jak zwykle, chęć wypisania się coraz częściej zajmowała mi głowę, myśl, żeby wejść tutaj i ponownie wszystko z siebie wylać wracała coraz to nachalniej, dlatego oto jestem znów.


Za minimalnie ponad tydzień nie będzie mnie już w miejscu, w którym aktualnie siedzę i pociągam nosem z powodu przeziębienia. Za minimalnie ponad tydzień pokój, w którym spędziłam ostatnie pół roku, zostanie wyczyszczony ze wszystkich moich i M. rzeczy. I, oprócz mebli, pozostaną tam cztery puste ściany. Żeby za jakiś czas ponownie mogły zamieszkać w nim jakieś nowe osoby, prowadzić w nim swoje życie.

Ostatnie pół roku przeżyłam inaczej niż całą resztę mojego życia. Wyprowadziłam się z domu, wynajęłam pokój z chłopakiem, a co najważniejsze - uczyłam się żyć. I nadal nie jestem nauczona. I wiem, że zajmie mi to miesiące, o ile nie lata, by móc być normalnie funkcjonującą w tym świecie jednostką. Chyba niepotrzebna jest mi już do tego terapia, po latach leczenia zaczęłam analizować i wyciągać wnioski jak psycholog i zdążyłam już wystarczająco poznać te obszary swojego mózgu, które odpowiedzialne są za wyjście z epoki kamienia łupanego. Mojej osobistej epoki.

Dziś nie chcę wgłębiać się w całą moją metamorfozę, którą przeszłam dzięki psychoterapii, ani zastanawiać, ile jeszcze mam do zrobienia; dziś nie po to tu przyszłam. Dziś stoję przed Wami i mówię: wyjeżdżam. Wyprowadzam się. Wynoszę się, całą Polskę stąd.

I nie wiem. Nie wiem. Nie wiem, czy będzie to dobra decyzja. Czy jestem na to wszystko gotowa. Czy lepiej mi w znanym, czy też w bardziej obcym środowisku. Czy umiem sama stanąć na nogi.

Kocham miasto, w którym studiowałam. Trzy i pół roku temu to miasto dało mi siłę i nadzieję. Że jakoś można przetrwać. Że są jakieś inne opcje. Że wszystko się zaczyna i kończy.
Lublin. Poznawałam Cię dzięki rozsianiu uczelni po różnych osiedlach, dzięki zmianom stancji koleżanek, dzięki praktykom z uczelni, dzięki różnym atrakcjom, które oferujesz. I choć w moim sercu, wciąż jeszcze zapamiętującym tylko to, co najgorsze, jawisz się jako ten wiecznie zapadany, ciągle wietrzny, wiem, jak dużo Ci zawdzięczam.

A teraz czas Cię opuścić. Czas podziękować za wszystko, co mi dałeś i opuścić Twoje granice,



Gdańsk.



Mam plany. Mam marzenia. Mam cele. Mam obowiązki. Mam nadzieje.

Chcę pracować. Chcę nauczyć się pływać. Chcę mieć wymarzoną sylwetkę. Chcę studiować. Chcę odnaleźć swoje szczęście.

Goni za tym wszystkim Strach. Pan Strach. Ubrany elegancko, w szary garnitur, kapelusz. Jedną ręką przytrzymuje drogą teczkę, na drugiej lśni wielki, złoty zegarek. Twarz ciągle skąpana cieniem; niewidoczna. Biegnie. Ciągle biegnie. Musi przecież być ciągle przed Tobą. Ubiec Twoje plany. Marzenia. Cele. A co, jeśli Go wyprzedzisz? Nie może dopuścić do takiej sytuacji. To jego praca, rozpoczyna ją w momencie, gdy otwierasz oczy i kończy, kiedy zasypiasz.

Chociaż jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy, za ten minimalnie ponad tydzień będę jedną z najbardziej przerażonych osób na Ziemi. Zabija mnie praca. Szukanie pracy, rozmowy kwalifikacyjne, dni próbne, starzy pracownicy, którzy widzą mnie w akcji, podpisywanie umowy, koordynatorzy, kierownictwo... Zabija mnie wszystko.




Ale mam.
Plany.
Marzenia.
Cele.
Obowiązki.
Nadzieje.


Mam życie.
Przede mną całe życie. Nowe Życie. Obiecałam sobie, że postaram się zmienić swoje zachowania, przyzwyczajenia, nastawienia po wyjeździe. Chcę spróbować być całkiem inną osobą. Chcę być bardziej otwarta na innych, bardziej przyjazna. Taka, jaka nigdy nie byłam. Pamiętając, że zawsze mogę wrócić do mojej starej Ja.


A nade wszystko, chcę pracować. Tylko mój Pan Strach sprowadza mnie do parteru, boleśnie dając o sobie znać w jak zawsze - idealnym dla Niego momencie, czyli w najważniejszym dla Ciebie. Przypomina o sobie bezustannie, nie pozwalając Ci ani na minutę spokoju.


We wtorek 14 marca zakończyłam swoje leczenie u psychoterapeuty. Usłyszałam wiele ciepłych słów.
Da Pani sobie radę.
Wierzę w Panią.
Nie będzie to łatwe - wiadomo - ale wiem, że Pani sobie poradzi.
Proszę pomyśleć, ile Pani do tej pory już osiągnęła. 
Uważam, że ten wyjazd to duża szansa dla Pani.
Myślę, że w większym mieście będzie Pani miała więcej możliwości, by wykorzystać swój potencjał.


I poradzę sobie.
I choćby nie wiem co, dostanę w końcu swoje życie z powrotem. Całe. A nie wyrywane przeze mnie kawałkami, resztą sił.
I choćby miało mnie to kosztować całą moją energię, dostanę wszystko, co będę chciała.

Bo jestem dla siebie Księżniczką. A księżniczki zawsze dostają wszystko, czego chcą. Jestem giermkiem, który tylko spełnia każdą zachciankę swojej Pani.



I w tym momencie jak w każdej takiej sytuacji chciałam napisać, że - na jakiś czas - zawieszam bloga. Że odezwę się, kiedy wszystko mniej więcej się poukłada, kiedy pójdziemy ze Strachem na jakiś kompromis, kiedy będę - choć częściowo - ze wszystkich postępów zadowolona.

Ale nie. Nie będę zabraniać sobie prawa do przelania wszystkiego, szczególnie tego złego, co we mnie siedzi na bloga. Pozostawiam sobie otwartą furtkę.


I znów.
Nie chcę tej notki jeszcze kończyć.
Koniec poetyzmu, koniec wszelkich stylistycznych, gramatycznych i jakich-tam-jeszcze zabiegów.
Teraz kilka słów prosto ode mnie. Prosto z mojego serca.

28 marca, jest to data wciąż jeszcze do ustalenia, ale myślę, że raczej ostateczna, jeśli nie to 29, wyjeżdżam do Gdańska, oddalonego o ponad 500 km od mojego miejsca zamieszkania. Mam w sobie pewien mechanizm, który nie jest według mnie dobry, a który nie dopuszcza do mojej głowy bardzo istotnych informacji. To znaczy, napisałam tą całą notkę, doskonale wiedząc, że za tydzień będę mieć cały samochód zapakowany wszelakimi możliwymi gratami, ale nie zdaję sobie z tego kompletnie sprawy. Że się wyprowadzam. WYPROWADZAM. Nie wyjeżdżam, nie robię sobie wakacji. Wyprowadzam się na drugi koniec Polski. I nie będę dostawać pieniędzy od rodziców, a mój chłopak nie będzie mógł na razie podjąć pracy na pełen etat. Że to ja, JA, będę głównym źródłem naszego utrzymania. Ja, która panicznie boi się pracy, ja, która przez ostatnie pół roku nie zmieniła pracy, chociaż wkurwiał ją do reszty koordynator lub miała serdecznie dosyć jej monotonności i powtarzalności. Ja, która kilka godzin przed wybraniem się do roboty nie była w stanie nic przełknąć, o czym innym myśleć, uśmiechnąć się... Ta sama, której serce dudniło odkąd otworzyła oczy, aż do stawienia się na miejsce pracy...
I to chyba jest zadanie dla mnie najtrudniejsze, bo inne, które sobie wyznaczyłam, już wyleczyłam podczas terapii. Znaleźć siłownię, trenera - byłoby to dla mnie okropne, ponieważ mam wielkie trudności z rozmową z ludźmi, teraz wiem, że mimo, iż trochę się będę bać, no to sobie jakoś poradzę, znaleźć psychologa - to samo, znaleźć dietetyka - to samo, pójść na lekcje nauki pływania - to samo, a nawet pójść na studia (co wiąże się z dłuższym kontaktem z ludźmi) - może trochę bardziej, ale też to samo. Jeśli myślę o wszystkich tych sytuacjach, potrafię ocenić poziom mojego lęku i w każdej z nich wypada on mniej więcej podobnie. Wiadomo, będę się trochę stresować, ale podejmę działanie i jakoś sobie poradzę. Z pracą jest niestety inaczej. Tak jak już wspomniałam, nie jestem teraz nawet trochę przestraszona, opisując to wszystko, bo po prostu nie zdaję sobie sprawy, że już za tydzień będę musiała szukać nowej roboty.
Nic już więcej nie napiszę. Mogę pisać o tym godzinami, ale nie czując tego, nie będę spokojniejsza.

Żegnam się jak na razie. Zobaczymy, kiedy znów się odezwę.


Justyna


I PAMIĘTAJ JUSTYNA - NAJWAŻNIEJSZE SŁOWA OD PSYCHOTERAPEUTKI

Pani nie może dużo myśleć. Pani potrzebne jest działanie. Gdy Pani działa, strach znika.