czwartek, 24 sierpnia 2017

Hej

Prawie miesiąc mnie nie było, a z racji tego, że coraz częściej tu zaglądam, postanowiłam w końcu przysiąść na dupie i napisać kilka słów.

Z diety nici, powiem więcej - jeszcze bardziej się styłam. Dietę musiałam przerwać już w drugim dniu, ponieważ czułam się tragicznie, nie mogłam po prostu nic zrobić. Wcześniej myślałam, że to wina spadków cukru w organizmie, teraz jestem coraz bardziej przekonana, że to coś z psychiką. Głowa wie, że nie dostanę nic więcej jeść ponad to, co już zjadłam i wariuje. Wiem, bo podczas zwykłych dni, nie diety, specjalnie jadłam z długimi przerwami, a kiedy zaczynała boleć mnie głowa, koncentrowałam swoją uwagę na czymś innym. I przestawało boleć. Także, proszę bardzo. Kolejny problem z moją głową.
Byłam natomiast na treningu personalnym, który dostałam za darmo - wybrałam sobie trenera i w ogóle, a później trzęsłam się ze strachu przed samym treningiem.  A było super. I zrobiłam coś, co chciałam zrobić od dawna - kupiłam od trenera dietę i plan treningowy. Tzn. jeszcze nie zapłaciłam i jeszcze tego nie dostałam, mam dostać wszystko chyba w niedzielę. I obiecuję sobie, że wezmę się za siebie i schudnę. No, miejmy taką nadzieję. Bo już coraz mniej mam ochotę chodzić na siłownię, kiedy nic to nie daje.


Przyzwyczaiłam się już do Gdańska. Nie myślę o Lublinie, bo nie mam czasu. Chcę się przeprowadzić, a w każdym razie na pewno nie mieszkać tutaj. Ale, jak napisałam, zobojętniało mi już to miejsce. "Nie nienawidzę Gdańska". Po prostu jest sobie, mieszkam tu, jeżdżę tu do roboty, robię zakupy... Nic więcej.

Mam iść od października na studia. Nie chcę. STRASZNIE. Nie chcę o tym więcej mówić. Ogólnie bym nie poszła, gdyby rodzice mi nie kazali. Nie mam czasu. Ani chęci. Ani zdrowia. Ani niczego.


A, odnośnie zdrowia. Przepisano mi w końcu leki antydepresyjne. Psychiatra, jak zwykle to w moim przypadku bywa, nie spodobał mi się. Wg mnie nie spytała o istotne szczegóły z mojego życia, po prostu jakieś tam beznadziejne rutynowe pytania, tak na dobrą sprawę mogłabym wyłudzić te leki gdybym chciała, bo nie wyglądałam na jakąś zdołowaną ani przestraszoną, bo taka też w tamtym momencie nie byłam. Ta przychodnia to jakieś bagno. No, ale w każdym razie dostałam leki, jednak lekarz nie była w stanie dać mi satysfakcjonującą odpowiedź, czy przy moich birth-controllach mogę sobie łykać te antydepresanciki bez problemu. Sprawdziła w telefonie, że "nie powinno być interakcji z tym lekiem". No, dla mnie to niewystarczające, informacje w jej iPhonie. Dlatego też czekam na wizytę do lekarza, która już niebawem!, bo 4 września, i tak miałam się zapisać jakoś wtedy, więc jeszcze trochę przetrwam i od 5 września, jeśli mogę je brać, będę je łykać. Ogólnie nieciekawych rzeczy się o nich doczytałam, a że przez pierwsze dwa tygodnie samopoczucie jest jeszcze gorsze niż masz na codzień, a że masz mdłości, a że nie możesz wstać z łóżka. W każdym razie, mój organizm dostawał różne leki i wszystkie, totalnie wszystkie jakie pamiętam tolerował bez problemu, także teraz też mam taką nadzieję. A jeśli jakiś trybik nie zaskoczy, to myślę sobie - Justyna, po prostu przestaniesz brać, i tyle. Nie mam tak ogromnej potrzeby jak inni, spora część moich problemów jest już ustabilizowana, ale nie ukrywam, jeśli w końcu Pan Strach pojechałby sobie na odpoczynek na Hawaje, Honolulu lub po prostu w pizdu - byłabym przeszczęśliwa. No, na razie czekamy do tego września i na pewno zdam relację, jak mi idzie.
Aha, bym zapomniała. Z tego durnego psychologa zrezygnowałam ostatecznie. Odwołałam wszystkie wizyty, spaliłam za sobą wszystkie mosty. Po co mam się męczyć.


Bardzo dużo, wręcz gigantycznie dużo rozmyślam znów o dzieciach. Potrafię wałkować ten temat w swojej głowie bez przerwy. No i tym razem doszłam do wniosku, że w żadnym wypadku mieć ich nie chcę. Po pierwsze - a może dziecko będzie tak chore, że będzie trzeba siedzieć z nim w domu 24/7? Ja na pewno się na to nie piszę. Dziś pisałam z moją koleżanką, ona napisała że "głupio jej, ale uważa tak samo" - mi nie jest głupio powiedzieć wprost: nie chce mi się zajmować niewiadomo jak chorym dzieckiem. Ponadto, druga sprawa, bardzo, ale to bardzo ważna jest dla mnie praca. Nigdy w życiu nie zrezygnowałabym z pracy dla dziecka. Z całego swojego serca nienawidzę chodzić do roboty, nie chce mi się jak cholera (nie jest też tak, że jakoś bardzo nie lubię swojej obecnej pracy, może być, ujdzie w tłoku :D), ale nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na to, by ktoś mnie utrzymywał. No, to jest zajebiście wygodne, ale po prostu honor mi nie pozwala. Nienawidzę mężczyzn i zawsze będę się im stawiać. Choćby przez to. A poza tym satysfakcja z pracy jest nie do opisania. Fakt, że robisz coś dobrze, bycie docenianym, pieniążki spływające co miesiąc na konto - nie podwyższa to Twojej samooceny?
Ja po prostu nie potrafię się poświęcić. Moje życie jest dla mnie tak kurewsko ważne. Poza tym, cały czas borykam się ze swoją psychiką, ze swoją chorą głową, którą trzeba odpowiednio pokierować. Ja jestem na pierwszym miejscu, bo nie jestem jeszcze poskładana. I po co zresztą tyle się męczyć? Po co te bezsenne noce, po co to wszystko? Ktoś mi odpowie "żeby Twoje dziecko mogło powiedzieć >>kocham Cię mamo<<" a czy mi tak naprawdę to kurwa cokolwiek robi? Czy nie wystarczy mi mieć najpierw psa, później świnkę, później królika, później szczura, później... Całego zwierzyńca (nie chcę wszystkich zwierzątek naraz!) w domu, bo to aktualnie mi się marzy? Ja jestem okropnie leniwa, lubię rzucić ubrania na krzesło w taki sposób, by jutro były całe pogniecione i walnąć się na łóżko. I sobie słodko spać. Bez żadnych zgrzytów.
A skąd ja mogę wiedzieć, że tak naprawdę bezgranicznie pokocham dziecko? no, skąd?
Więc na cholerę mi to wszystko?

Także, moi mili, oficjalnie ogłaszam, że znów jestem na "nie".


Utrzymuję kontakt mejlowy z kilkoma dziewczynami z Gdańska, może się z nimi zobaczę. Tzn, chcą się ze mną zobaczyć, a ja jakoś kręcę z terminami. Muszę chodzić na siłownię, ale zaraz i wymyślę co innego, żeby je spławić. Nie wiem czemu to robię. Akurat teraz jest taki moment stagnacji, że żadna mi nie odpisuje i tak sobie myślę, że pewnie już się do mnie zniechęciły :D A kij z tym wszystkim, żeby nie powiedzieć brzydko.



Aha, i druga rzecz, nad którą też intensywnie myślę. Nad tym akurat od zawsze myślę i tu nic nowego - jazda samochodem. Teraz doszło "jazda samochodem i seksizm". Kurwa, jak ja mam tego serdecznie dosyć. Nie wiem po co sobie to robię, że czytam komentarze odnośnie "kobiet za kierownicą". Tego, co przed chwilą napisałam w cudzysłowiu czy cudzysłowie, jeden chuj, to w ogóle nie mogę czytać. Jakby to była jakaś, kurwa, różnica. Powiem szczerze i otwarcie, że czasem się po prostu boję, jak widzę, że chłop widzi mnie za kierownicą. Już mi zajeżdżano drogę, wyprzedzano w sposób zagrażający ŻYCIE (nie przesadzam ani trochę) innych osób, popisywano się... Oczywiście, również i puszczano mnie, czasami. Ale w większości mam do czynienia z przypadkami negatywnymi. Tak ja już wspomniałam, kocham jeździć samochodem. Jest to dla mnie najlepszy sposób na uspokojenie się. I potrafię jeździć. Zauważył to już mój instruktor nauki jazdy, kiedy tak naprawdę nie umiałam praktycznie nic... Po prostu śmiech na sali, że z takimi umiejętnościami jakie ma się na początku, jest się w stanie zdać egzamin... Jeśli chodzi o mnie, to około trzech lat praktycznie nie jeździłam samochodem, bo mi w domu nie pozwalali, bo przecież nie umiem jeździć, najpierw się muszę nauczyć, żeby móc jeździć, a czym do cholery mam się nauczyć :) i wszystkiego podjął się M., który do tej pory bardzo mi pomaga, oczywiście nieraz też bardzo przeszkadza. Myślę, że najbezpieczniej jest, jak jeździmy razem, bo jak on czegoś nie zauważy, to ja zauważę i na odwrót, jak się zmieniamy w prowadzeniu. I, w każdym razie, nauczyłam się. Jeszcze boję się kilku rzeczy, z racji tego, że niedużo ćwiczyłam - przejechałam już na pewno kilka tysięcy kilometrów, ale nie wszystko mam przećwiczone - ale jeździć potrafię. Nigdy nie doprowadziłam do żadnej idiotycznej sytuacji na drodze. Czasem coś pomylę, ale nie są to rażące błędy, które niewiadomo jak przeszkadzają. Jeżdżę dynamicznie i nie jestem zawalidrogą. A na drodze co chwilę natrafiam na kogoś, kto w ogóle mnie nie szanuje jako kierowcy. Dlatego JESZCZE BARDZIEJ muszę uważać. Jeszcze bardziej. Bo chłop chłopa poprze, choćby ten drugi był niewiadomo jak beznadziejnym kierowcą, choćby kierownicą jeszcze nie umiał kręcić. Ma-sak-ra. Totalna beznadzieja.


I właśnie, na koniec, co śmieszne, chciałam napisać, że mój stan psychiczny został ustabilizowany. Czuję się dobrze już od jakiegoś miesiąca. Powiedziałabym - nawet znacznie lepiej niż dobrze. Tylko bardzo się boję. Ale nad tym będziemy pracować, na razie lekami, a jak nie nimi, to wymyślimy coś innego. Nie damy się tak łatwo ;-)




Justyna

piątek, 28 lipca 2017

Dom

Jestem w domu.
Święte miejsce.

Rozryczalam się, kiedy zobaczyłam Lublin. Kiedy przywitał mnie w ciemności. Ze zrozumieniem, z wybaczeniem. Widzę Lublin i widzę wszystkie chwile, które tam spędziłam. Zostały same dobre wspomnienia. Same dobre momenty. Uśmiechy na twarzy.

W Lublinie zawsze czułam się dobrze, w sensie czułam, ze ru pasuję. Gdansk jest dla mnie obcy, kompletnie nie wpisuję się w standardy tamtego miasta; odstaję. Czułam tak od dawna: odkąd zaczęłam jeździć do M. Myślałam, ze to się zmieni, bo przecież jestem tu tylko przejazdem, na tydzień, dwa. Mieszkam tam od czterech miesięcy i chociaż się już przyzwyczaiłam, dalej czuję się inna. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że nie wiem jak gdzieś dojechać, bo akurat mam obczajone wszystkie miejsca, które mi są potrzebne, a jak nie, to albo coś tam kojarzę albo jakoś po omacku trafię do celu. Chodzi o ludzi. Oni są jacyś... inni. W Lublinie zawsze czułam się swobodnie. Byłam jedną z nich. Prowadzącą swoje zwykle, codzienne życie. Tam? Jestem jakimś iksem, nie pasującym do reszty społeczeństwa.

Posiadam ogromną więź emocjonalną z Lublinem, jestem wierną patriotką dla mojej małej ojczyzny. Zawsze podkreślam swoje pochodzenie i jestem z niego dumna.

Inna sprawa to oczywiście moi rodzice, chcę mieć do nich blisko. Nie będę się tu rozpisywać, bo będę płakać.


Chcę wrócić. To jest mój plan. Za kilka lat. Weocic do Lublina. Wiem, ze popełniłam ogromny błąd wyjeżdżając stąd. Ale myślę tez, ze może nie aż tak ogromny. W końcu potrzebne mi są nowe doświadczenia.


Tylko M. nie bardzo chce . Ale stanę na głowie, by go przekonać.

Tu jest moje miejsce. To jest mój Dom. Tu jest moje serce i zawsze tu będzie. I nie chcę i nie będę tego zmieniać.




Za błędy w tej jak i tamtej notce przepraszam, ta pisze na telefonie, a poprsednią pisałam w pracy i obu nie chce mi się poprawiać.



Chciałabym tu zostać na zawsze. W moim pokoiku, o ścianach mocno czerwonych niczym w burdelu. Tu mi dobrze.







Być może potrzebowałam tego wyjazdu. Żeby zrozumieć, co jest dla mnie ważne.



Justyna

Jadę do domu

Cześć.
Dziś chciałam trochę więcej i trochę dłużej, ponieważ ostatnie dwie notki zostały przerwane, bo musiałam gdzieś tam iść czy tam M. mnie zawołał, dlatego też kolejną notkę zaczynam w pracy.
W Gdańsku od wczoraj pada. Pozalewane ulice. Z rana dostaliśmy informacje o możliwych powodziach i zamknięciu ulic. Teraz (godz. 13) wszystko zaczyna się powoli stabilizować. A u mnie? Czy coś się ustabilizowało?

Praca. Już się trochę ogarnęłam. Zazwyczaj każdego dnia rano budziłam się z ogromnym wręcz strachem, najchętniej trzymałabym się kurczowo spodni M. (czy jak tam idzie to powiedzenie), ale teraz już lekko zaczyna mi się poprawiać. Przyzwyczajam się. Ale, jednak - bardzo, bardzo powoli. Niebawem miną trzy miesiące, odkąd zaczęłam pracować i dalej jeszcze nie jest ze mną dobrze. Mimo wszystko odczuwam dużą różnicę pomiędzy tym, co było wcześniej. A gdzie ja w ogóle pracuję? W księgowości. Budżetowej, cokolwiek to znaczy i jakkolwiek to brzmi. Jestem referentem. Nie umiem jeszcze zbyt dużo, ale pamiętam, jak kiedyś bałam się rzeczy, które dziś robię regularnie i bez trudu. Każdą nową rzecz muszę sobie przyswoić, każda nowość musi udać się na osobiste spotkanie ze strachem. Pan Strach zaprasza na krzesło, sam siada naprzeciwko, cały czas w swoim długim płaszczu i czarnym, wielkim kapeluszu zasłaniającym mu twarz i bada każdą nowość. Jak już ją przetrawi, puszcza wolno.
Ze strachem będę musiała walczyć jeszcze bardzo długo. W ostatniej notce zapomniałam napisać, że psycholog powiedziała mi jedyną - być może, bo możliwe jest też, że były to tylko głupoty - mądrą rzecz: być może moje neuroprzekaźniki mają jakieś zaburzone ścieżki, czy coś takiego, no i dlatego to wszystko się dzieje. No i to, że boję się bez żadnego powodu, gdy jest spokojnie, jestem w domu i siedzę sobie w nim, nikt nie przyjdzie, nie ma żadnych stresogenów, najmniejszych, a ja po prostu się boję, to jest wyraźny powód, by udać się do psychiatry. No, może się nie boję - ja po prostu czuję strach. Bez powodu. Potrafię odróżnić, kiedy rzeczywiście ubzduram sobie jakąś kolejną głupotę i się jej boję, a kiedy przychodzi taki strach znienacka i po prostu sobie ze mną jest. Ale to, co ciekawe, zdarza mi się tylko wtedy, kiedy jestem sama w domu. W każdym razie, pójdę po te tabletki, może mi pomogą, może nie - jak będą drogie, to może w ogóle ich nie kupię - i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie.
Odnośnie pracy to chyba tyle. Pracuję w urzędzie. Zawsze mam na 7:30. W poniedziałki do 15:30, we wtorki, czwartki i piątki do 15, a w środy do 17. Z tym, że ten system wprowadzili mi dopiero od lipca, kiedy przeszłam na umowę o pracę, na stażu miałam 7:30-15:30 codziennie, także trudno mi się jeszcze do tych śród przyzwyczaić.
Opowiadałam Wam, że jakiś czas temu - akurat pamiętam datę, bo Michał był wtedy na Openerze, 28 lub 29 czerwca, zagadał do mnie na siłowni jakiś chłopak? Chciałam dostać w końcu plan treningowy, po który oczywiście bałam się podejść do trenera. Ale w końcu podeszłam, trener wymalował mi plan ćwiczeń i - o zgrozo - zaczął pokazywać mi wszystkie ćwiczenia. I w pewnym momencie podszedł do mnie jakiś chłopak, który chciał być miły, pytając, czy jestem po raz pierwszy na siłowni. Ja odpowiedziałam krótkim, chamskim "nie" i, co gorsza... stanęłam do niego tyłem i tak stałam. Japierdole. Myślałam, że się zatłukę. Taka jestem głupia. Nie można być przecież aż tak chamskim. No nie mogłam sobie tego darować, więc za jakiś czas podeszłam do niego, przeprosiłam go i zaczęłam mu coś tam gadać. No i po prostu, wiadomo, jak ktoś ze mną rozmawia to jestem po prostu w niebie - ktokolwiek chce ze mną rozmawiać. Później był to temat numer jeden, wałkowany przeze mnie do moich lubelskich przyjaciół, a później do M. - godzinami. Z tym, że do tej pory spotkałam tego gościa raz - i wtedy też zachowałam się jak totalna idiotka. To było ze trzy tygodnie później, kiedy zatarł mi się jego obraz i straciłam już wszelkie nadzieje na to, że kiedykolwiek go zobaczę; słowem: zapomniałam nawet o nim. Ale chodzi sobie jakiś koleś na bieżni i miałam jakieś dziwne przeczucia, że to on. Zaraz z tej bieżni zszedł a ja w sumie się na niego tylko gapiłam, nic nie mówiąc. On też się na mnie patrzył i poszedł do szatni. A ja oczywiście, głupia pała, wyciągnęłam telefon i radzę się dookoła, co mam robić. I stałam jak głupia koło tej szatni aż z niej wyszedł, w końcu powiedzieliśmy sobie "cześć" ale to było na razie na tyle, bo z telefonem przy uchu przecież nie będę do niego lecieć. To ja zaraz piszczę w słuchawkę do M. co ja mam robić? Kazał mi iść za nim, ale szybko ogarnęłam, że właśnie jest na treningu z trenerem, który nie opuszczał go na krok... Znów obdzwoniłam wszystkich, piszcząc i krzycząc na cały regulator, ludzie już bardzo dziwnie się na mnie patrzyli, sto razy chodziłam podglądać, czy trener jest obok niego, co też dziwnie wyglądało, bo musiałam się chować przy ścianach, aż w końcu stanęłam po prostu za taką kolumną nazwijmy to i tak stałam, w sumie naprzeciwko niego, widać było, że się chowam, ale on chyba nie zauważył (tzn ludzie wkoło na pewno widzieli, ale on był skupiony akurat na ćwiczeniach). I jak odłożył te swoje cholerne ciężarki, to ja doskoczyłam do niego i znów zaczęłam mu paplać. I znów na niczym się nie skończyło - jakiś strasznie on wstydliwy. I znów się nie widujemy.
Myślę, że to obrazuje moją desperacką potrzebę znalezienia znajomych. Przez ostatnie cztery miesiące oprócz M. swobodonie rozmawiałam tylko z S., która zawitała z lubelskich stron i była przejazdem u mnie w zeszłym tygodniu i została na jedną noc.
Jeszcze apropo diety, bo nie dokończyłam. Otóż od 12 roku życia się odchudzałam. Ćwiczenia, zmniejszanie porcji, płacz, że jestem gruba. No, 11 lat. W głowie mi się poprzestawiało totalnie. Tak, że teraz wyglądam dla siebie jak jakiś potwór. Schudłam sporo, a czuję się tak samo ociężała jak dawniej. A nawet bardziej. Jestem w 100% przekonana, że to też przeszło już w jakieś psychiczne schorzenie. Bo od zawsze chciałam wyglądać jak koleżanki, wszystkie chude. Chociaż na jeden dzień. Od zawsze. I niestety wiem, że będę się męczyła, katowała swoją psychikę, dopóki nie będę wyglądać tak, jakbym sobie tego życzyła. A dla wyjaśnienia - nie lubię chudych dziewczyn. Nie chcę być chuda. Chcę być szczupła. I wszyscy dookoła mówią mi, że taka jestem - w pracy, w przychodni (endokrynolog!), w rodzinie. A ja? Szkoda słów. Ale znam granice i wiem, że kiedy będę chciała je przekroczyć, zwrócę się po pomoc. Na razie jednak - od poniedziałku, o czym zaraz - rozpoczynam dietę i postanowiłam zrobić sobie prezent - do urodzin, które są powiedzmy za półtorej miesiąca, schudnąć. Akurat tyle by mi wystarczyło.
Dziś (jest już piątek) jadę do domu. Pewnie będę mieć znów doła, jak wrócę.
Kocham Lublin. Kocham moje miasto. Na zawsze będę je kochała i trzymała w sercu.
Robię wszystko, by wpłynąć na M., żeby zgodził się na przeprowadzkę tam.
Tam po prostu... Nie wiem, dlaczego tego nie doceniałam. Pomoc tego miasta obecna była wszędzie. Bezpieczeństwo.

Odnośnie mnie - jestem totalnie zniszczona. Tzn., w pewnym sensie. Większość rzeczy wyszła w pracy. Zero poczucia własnej wartości. Wciąż czuję się jak śmieć, choć minęło już tyle lat. Wciąż czuję, że nie mam prawa nikogo spytać o coś, ponieważ to ja - ta gorsza. Nie wiem, co robić. Wszystkiego nie naprawią tabletki, ale do tego swojego "psychologa" pójść nie mogę. Nie zaufam. Na razie więc czekam na te tabletki, bo nic innego po prostu mi nie zostało. Mój stan psychiczny ostatnimi dniami jest znośny. Czuję się w miarę dobrze (poczekajmy do niedzieli po południu...). Dlatego w takich momentach myślę sobie: na cholerę mi te leki? Po co mi to? A później sobie to przypominam, kiedy ogarnia mnie znienacka mój przyjaciel strach.
Denna ta notka, pisana w pracy, do której końca pozostały mi 2 godziny. Walizka stoi sobie grzecznie obok, czeka, aż ją poprowadzę.
No i chciałabym mieć koleżankę. Aż mnie to wykańcza psychicznie. Dziewczyny razem chodzą na siłownię. W szatni plotkują o chłopakach, na sali fitness śmieją się do siebie, gdy pomylą kroki. Dzwonią do siebie i smsują, piszą na messengerze. Chodzą razem po zakupy.
A ja zdycham. Przeczesałam wzdłuż i wszerz Internet w poszukiwaniu znajomych. Prędzej znajdziesz transseksualistę niż znajomego - historia prawdziwa (nie mam nic do nich, po prostu trafiłam na taką osobę, która szuka drugiej takiej osoby, ale nie trafiłam na nikogo, kto szukałby znajomego).
Jestem w dupie.

wtorek, 25 lipca 2017

Postanowienie

W głowie miałam już gotowca na tą (tę?) notkę, ale wszystko się wzięło i poszło.

W skrócie

Psycholog to totalne dno. Jak od niej wyszłam, to ostro ryczałam i to nie było wcale lecznicze katharsis, a jej niedojebanie. Kręciła i mąciła odnośnie wizyt tak, że już w końcu nie wiedziałam, czy mam pakować walizki z tej pieprzonej przychodni, a do tego dodatkowo dała mi jakby do zrozumienia, że przychodzę tu z czyjejś - może jej? - łaski. Już nie chce mi się tego opisywać, a przede wszystkim nawet nie umiałabym tego powtórzyć, bo nie potrafiłam tego zrobić już z pół godziny po wizycie (To umawiamy się na kolejne 5 spotkań? Bo to tylko interwencja. Na terapię czeka się rok. OJ, ZA DUŻO PANI POWIEDZIAŁAM. NIE TERAZ), ale jeżeli w mojej głowie samoistnie pojawiają się myśli pt. Dobra Justyna, to teraz będziesz kłamać ile wlezie i mówić, że jest Ci super i mam zamiar zostać tam tylko do czasu dostania leków, ewentualnie poczekać, czy będzie jakakolwiek poprawa mojego stanu, a później natychmiast stamtąd spierdolić, no to już jest bardzo źle. Miałam tak już raz, to też był beznadziejny psycholog i cóż - mam zamiar to powtórzyć. 

Ja zapytałam się tylko podczas wizyty, czy nasze spotkania mają w ten sposób wyglądać - tzn. co 2 tygodnie i na pół godziny. Bo po pierwszych 5 spotkaniach obiecała mi jakiś tam kontrakt (wtf?) i powiedziała, że są to takie wstępne spotkania, a to było chyba czwarte, więc myślałam, że może po tych początkowych wszystko będzie wyglądało inaczej. W zamian dostałam psychologiczną nic nie wnoszącą papkę, przedstawiającą same nieprawdziwe zdania o mnie, jej bajdurzenia odnośnie kolejnych spotkań (zataiła przede mną prawdę) i - ostatecznie - zostałam ponownie umówiona na "za dwa tygodnie". Szkoda kurwa słów.


Dorosłam do pewnej decyzji.
W maju dostałam dietę od dietetyczki, za którą zabuliłam ogromne pieniądze. Z kieszeni własnej niestety, co bolało najbardziej. Jest niezbyt dobra, mało się tam je (pochłaniam olbrzymie ilości jedzenia, po prostu kocham jeść), ale mimo wszystko próbowałam przez nią przejść. Niestety, nie udało się - mam takie stany, że jeśli nie jem przez kilka godzin, zaczyna mi się robić niedobrze, tracę kontrolę nad sobą. Spadki cukru. Leki na tarczycę, tak myślę, trochę mi to podregulowały. Ale przeszkadza mi też M. - kiedy próbowałam ją stosować drugi raz.

Ogólnie, kiedy poszłam do dietetyczki, stwierdziła, że nie mam żadnej nadwagi (moje BMI jest w granicach najniższej górnej normy) i to tylko "poprawki kosmetyczne". Kiedy poszłam do trenera na siłowni, powiedział, że "jeżeli chcę choć trochę wyglądać jak inne dziewczyny, to potrzeba mi 4-5 miesięcy ćwiczeń". Ale on ma tak rozbudowane mięśnie, jak ci kulturyści, których pokazują na lekcjach z biologii. Co ja myślę? 
Ja mam chorą głowę. Od dziecka byłam gruba. Brałam sterydy na astmę, które mnie roztyły. I nie tylko to. Jadłam. Dużo mi dawali jeść. Od dziecka kochałam jeść. 
Zaczęłam się odchudzać w wieku - uwaga - 12 lat. Od tamtej pory prawie ciągle jestem na diecie.

Postanowiłam przejść na tą dietę.

Dam radę.

Wytrzymam.

niedziela, 16 lipca 2017

Hej

Hej

Chciałam znów kilka słów.

Żyję z dnia na dzień. Najpierw do pracy, tej gorszej części dnia, później ta lepsza, która mija bardzo szybko. Nie mam chwili, żeby przystanąć. Zastanowić się. Muszę poukładać sobie miliard rzeczy w głowie, pomyśleć... Nie mam czasu. To jest moja wymówka. Nie wiem za bardzo, co robić, jak sobie poradzić z tym, że codziennie trzeba chodzić do pracy, a po pracy zostaje już niewiele czasu i najczęściej jest się zmęczonym, nie wiem, jak regulować poziom swojego strachu, nie wiem, jak się cieszyć.


Gdańsk nadal mi się nie podoba. Nie mam żadnych chęci odkrywania tego miasta, zaznajamiania się z ulicami, osiedlami, jak to było w Lublinie. Lublin zainteresował mnie swoją komunikacją, NORMALNĄ i NOWOCZESNĄ, nie tak jak w Gdańsku (...), możliwością dojechania do ciekawych dla mnie miejsc. Lublin jest ciekawy. Lublin daje dużo możliwości.
Gdańsk pewnie też. Ale nie dla mnie.


W głowie mam poprzeplatane myśli. Ja, M. i dziecko, wyobrażam . Chcę tego, a za minutę zarzekam się, że nienawidzę dzieci. Ja, jako fit, nie zjem nic niezdrowego i te sprawy, a za pięć minut ja stojąca w kolejce po dwie paczki chipsów, które opierdolę bez najmniejszego zawahania. Ja, uznająca życie za fajne i czerpiąca z niego radość. No i dla kontrastu ja, płacząca i zalękniona.


Zdiagnozowałam się sama.
Z Wikipedii.


Dopiero kiedy na wiki znalazłam pojęcie "nawracające zaburzenia depresyjne" uwierzyłam, że mam depresję.





Ale to na dziś tyle.

czwartek, 29 czerwca 2017

Zabiję się.

Co mam więcej napisać?


Postanowiłam, że idę do psychiatry. Niech mi da jakieś leki. Całe moje leczenie przeszłam jak na razie bez żadnych leków, teraz chcę spróbować. Po co sobie w sumie utrudniać życie, jak można je tylko polepszyć.
Mam już umówioną wizytę za miesiąc.


Nie wiem czego chcę, nie wiem co robię i nie wiem gdzie jestem.


Stanęłam w miejscu, w którym nie widzę znów dalszego sensu w życiu.






~ Dlatego szybciutko z tego miejsca uciekam.


/ edit

Szybki edit, ponieważ zadziało się przed chwilą coś, co mnie skłoniło do przemyśleń.
M. wybrał się na Opener'a, festiwal dla dzieci bogatych rodziców i hipsterów, ja byłam tam dwa razy, drugi raz tylko za namową M. Nie podoba mi się tam, wszystko jest drogie, nienaturalnie wręcz drogie, większość ludzi to właśnie gimnazjaliści czy licealiści z bogatych domów, którym daje się pieniądze na wszystko. W każdym razie, M. przed chwilą wysłał mi, iż ktoś dodał na fejsie, że "właśnie znalazł w toi-toi pozytywny test ciążowy" i "gratuluje przyszłym rodzicom". Nosz kurwa, ale się we mnie zagotowało. Wiadomo, że takie rzeczy trzeba wyrzucać gdzieś z dala od zasięgu wzroku innych ludzi, ale zobaczenie czegoś takiego nie jest w żadnej mierze powodem do wyśmiewania się. Kurwa, a jak to była zaplanowana ciąża i ktoś na nią czekał? A jak to była niezaplanowana ciąża i ktoś się z niej cieszy tak czy inaczej? A jak to była niezaplanowana ciąża i dla kogoś jest to właśnie najgorszy dzień życia?

Chłopy są gorszą płcią i nigdy, nigdy w życiu nie stwierdzę inaczej. Chodzące ćwierćmózgi.

Zdenerwowałam się i odwaliłam jakiś tam komentarz, coś tam czy jesteś gimnazjalistą że dalej śmieszy cię taki poziom, czy zazdrościsz, na co zaraz ktoś zareagował (płci sami się domyślcie) - "witamy mamę". I zaraz, ktoś drugi, że pewnie "tatuś nieznany".


Za stara jestem i za dużo swoich pierdolców mam w głowie, żeby choć przez chwilę przejmować się tym, co o mnie napiszą inni, a chłopów to już nawet usprawiedliwiam, bo to przecież gorsza płeć, no pisałam już. Mózgu toto nie ma, to jak ma myśleć. Ale jedno mnie boli. Do czego zmierza ten pierdolony świat. Mając 13letniego siostrzeńca, z którym spędzałam dużo czasu, to i owo się dowiedziałam, co się wyprawia teraz w szkołach. Niektórych rzeczy strach w ogóle powtarzać. Nie rozumiem, jak można nie okazywać szacunku do dziewczyn, kobiet, osób, które są w hierarchii najważniejsze, bo kto chłopu dziecko urodzi, bez kogo nie przetrwa cywilizacja. Jak można nie szanować kobiet, z natury (w większości) fizycznie słabszych, tylko wyśmiewać się z nich, że "feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść szafę" gdzieś tam, do dupy? To, że moja anatomia nie pozwala mi na udźwignięcie czegoś, ma znaczyć, że jestem gorsza i że trzeba się ze mnie wyśmiewać? Nigdy się nie wstydzę tego, że czegoś nie uniosę. Nigdy. Bo czego, do kurwy, mam się wstydzić? Że jestem dziewczyną i taka się urodziłam?

Beka również z tych, którzy uważają, że dziewczyny są słabsze psychicznie. Chuj. Kobieta wytrzyma miliard razy więcej niż byle chłop.


Ale bardziej chodziło mi o wychowywanie dzieci w dzisiejszych czasach. Sama nie wiem, czy chcę mieć dzieci, trochę je nienawidzę a trochę nie, jak już to maksymalnie jedno, ale pisząc to, mam w głowie historie siostrzeńca, a zobaczmy, że to było już dobrych kilka lat temu. I zobaczmy też, co dzieje się obecnie, jakiś pryszcz, zapewne ode mnie młodszy, ma czelność po prostu napisać mi, że, mówiąc wprost, ruchałam się z kompletnie obcym mi facetem, którego nie znam? I to wszystko na moich oczach, to wszystko właśnie SPECJALNIE po to, żebym to przeczytała, chociaż mogę mieć od kilku lat męża, chociaż może mnie to wcale nie dotyczyć bo nawet nie jestem na tej cholernej imprezie... To jest przerażające. Przerażające, jak można coś takiego zrobić człowiekowi. I teraz powiedzmy, że na moim miejscu jest ktoś młodszy, albo ktoś podatny na wpływ innych osób i co? Niszczymy komuś życie.


Aż mi się chce ryczeć. Jak można tak traktować ludzi? Nie mam pojęcia, dlaczego to się toczy w tym kierunku.
No nie mam już kurwa słów.



I coraz bardziej odechciewa mi się żyć, dlatego już zamykam dziób.



Justyna

sobota, 24 czerwca 2017

Siemaneczko i wstrętny Mercedes

Już mnie to tak gnębiło i gnębiło, że musiałam tutaj zajrzeć i się wyżalić.


Dziś, tym razem, bylibyśmy z M. świadkami wypadku.
Jadę sobie jadę Hondą dziadka M., pożyczyliśmy samochód bo dziadek chciał, żeby M. mu w czymś tam pomógł a my sobie zrobiliśmy przy okazji zakupy, no i jestem sobie już przy bloku. Opracowałam taki patent (haha) włączania kierunkowskazu, żeby każdy widział, że szukam miejsca do zaparkowania, dlatego sunę po szosie niczym ślimak. No to sobie zadowolona jadę już naszą ulicą, nagle patrzę, że jakiś Mercedes z tyłu (mam manię patrzenia do tyłu podczas jazdy) podjeżdża mi pod tyłek, ja zawsze w takich sytuacjach specjalnie im przyhamowywuję, więc to zrobiłam, po czym włączyłam kierunkowskaz, bo dojeżdżałam do miejsc przy bloku. Wstrętny Mercedes zaczął mnie wyprzedzać (wspomnieć tu trzeba, że jest to ulica, na której obowiązuje ograniczenie 30km/h, no nie oszukujmy się, tyle nikt nie jeździ, ale samo przez się zrozumiałe jest, że lepiej tu nie wyprzedzać, albo z wielką ostrożnością, bo dzieci nie dzieci, rowery nie rowery, psy nie psy itp.), kiedy z naprzeciwka, niespodziewanie, pojawiło się Twingo. Kierowca Twingo zahamował (płeć nieznana), ja zahamowałam. Gdybyśmy we dwójkę dalej jechali, skończyłoby się to źle. Kierowca wstrętnego Mercedesa - płeć nieznana, ale daję sobie uciąć kończyny, że była to gorsza płeć tzn. męska.

Po co to piszę? Ponieważ nie przydarzyło mi się nigdy jeszcze nic podobnego, czy to w przypadku bmw, czy mercedesa; chcę to zapamiętać.
I naświetlić tym, którzy zabłądzą w głębiach Internetów i to przeczytają: chłopy nie nadają się na kierowców. Większość z nich. Znaczna większość.



~
Beznadziejnie mi. Tym razem hasło - znajomi. I tęsknota za Lublinem.

Zero znajomych.
W robocie większość kobiet sporo ode mnie starszych. Wiadomo, kontakt z nimi utrzymuję, ale szukam kogoś w moim wieku.
W Lublinie miałam znajomych - lepszych, gorszych, fajniejszych, dziwniejszych - ale byli. Jacy byli, tacy byli, można było porozmawiać, spotkać się, pośmiać.
Jak można poznać ludzi?

Założyłam nawet konto na portalu randkowym, ale dziewczyny nie chcą pisać, a gówno obchodzą mnie tabuny jakichś kolesi, którzy mnie "polubili" czy weszli na mój profil.
I nie mam nic do M., ale nie rozumie on, tak dobrze jak chociażby S., że są takie momenty, kiedy chce się spotkać u kogoś na chacie, wypić po dwa piwa lub maksymalnie trzy, zagryźć chipsami i ciastkami i wypisywać głupoty po Internecie, czy wyjść do klubu i bawić się, nie do końca kontaktując. Czy położyć się na podłodze i nie chcieć z niej wstawać.
Czy po prostu poznać czyjś inny punkt widzenia.





Chuj z tym wszystkim.
Chujowe miasto.
Nie wyobrażacie sobie, jak żałuję bycia tutaj, gdy w Lublinie codziennie temperatura przekracza 27 stopni, a ja codziennie rano zakładam kurtkę i martwię się, czy nie będzie mi zimno.


Tak bardzo kocham Lublin.
Już od dawna byłam niezmiernie dumna, że stąd jestem.

Chuj z tym wszystkim.

Justyna

czwartek, 8 czerwca 2017

Wypadek

Wczoraj miałam wypadek

...prawie


Stwierdziłam, że napiszę. Stwierdziłam, że się podzielę, by wydarzenie to mieć na zawsze w pamięci.




Czekałam na ten wieczór od kilku dni. Mieliśmy jechać do ciotki Michała, do Gdyni, po ciasto, i jakoś pół śmiechem, pół żartem, pół-nie-wiem-czemu ustaliliśmy, że będę prowadzić Hondę dziadka M. w obie strony. Dużo nią jeżdżę tak czy inaczej, więc nie wiem czemu tak zdecydowaliśmy, no ale byłam nieziemsko szczęśliwa.
(Jak wiecie, to dobrze, jak nie wiecie, to kocham jeździć samochodem).


Jakoś po dwudziestej pierwszej przyjechał pod nas, pod blok dziadek M. Ja wcześniej poprosiłam M., żeby mi wyjechał spod bloku, bo stresuję się tego robić przy dziadku (zazwyczaj nigdy nie jeżdżę przy nim, bo to jego samochód i czuje się tą presję), M. mówi, że spoko. Ale dziadek stanął w takim miejscu, że powiedziałam: dobra, ja sobie na spokojnie stąd wyjadę. No i wyjechałam.

Nie przejechałam kilometra. W sumie nie wyjechałam nawet z naszej ulicy.

Pod koniec naszej ulicy jest sygnalizacja świetlna. Miałam czerwone światło i zieloną strzałkę do skrętu w prawo. Przyhamowałam jak zwykle bardzo mocno, bo albo się zatrzymuję w takich okolicznościach albo po prostu hamuję. Chciałam skręcić w prawo.

Kilka godzin wcześniej cieszyliśmy się z M., że odświeżają pasy na przejściach.

Tuż za przejściem, na pasie przeciwnym do naszego, stały pachołki, bo pasy jeszcze schły.

Chciałam tylko skręcić w prawo.

Nie spodziewałam się, nie zauważyłam, nie przewidziałam srebrnego bmw, pędzącego z prędkością około 100km/h na moim pasie.


Sekundy. Dwie. Jedna? Brakowało.

Zahamowałam. Nawet nie wiem w sumie teraz, jak. Ten obraz już mi się rozmazuje przed oczami, nie wiem, gdzie zatrzymała się Honda, nie wiem, dlaczego nawet zahamowałam (w ostatnim momencie zauważyłam to wszystko); po powrocie do domu nie pamiętałam, jakiego koloru był ten samochód, dopóki M. tego mi nie przypomniał.



Gdyby do tego czołowego zderzenia doszło, na pewno nie siedziałabym teraz tutaj, pisząc to do Was. M. powiedział, że przy takiej prędkości Honda poszłaby do kasacji.


A ja chciałam tylko skręcić w prawo. Z prędkością kilku kilometrów na godzinę.


A najśmieszniejsze, że kilkaset metrów dalej jechała sobie niczego nieświadoma policja.


Chłopy to najgorsi kierowcy. Bez wyobraźni, z jedynym w głowie pakietem myśli - żeby przyszpanować, udowodnić, że są lepsi, żeby zapierdalać.


Ja mam w głowie własne bezpieczeństwo, bezpieczeństwo pasażerów, bezpieczeństwo osób znajdujących się poza mną na jezdni i na chodnikach. Ja mam w głowie kulturę jazdy, delikatność - swoją własną technikę.





Żyję, do Gdyni dojechałam, z Gdyni też trochę wracałam, ale później, jak się na chwilę zatrzymaliśmy, bo M. chciał koniecznie podjechać na swoją działkę - to się już przesiedliśmy. W głowie cały czas miałam tamten obrazek.



Uważajcie na niebezpiecznych chłopów na Waszych ulicach.

niedziela, 4 czerwca 2017

Nie wiem.

Hej.

Dzisiejszy post będzie sklejką durnowatych, wyrwanych z kontekstu zdań. Od pewnego czasu chodzi mi po głowie, żeby coś napisać, co najśmieszniejsze - zaplanowałam już, o czym ma być notka, później zapomniałam, próbowałam sobie przypomnieć i sobie nie przypomniałam. Dlatego, z braku możliwości wylania tutaj z siebie tych emocji, które gdzieś tam głęboko we mnie schowane siedzą i wyleźć nie chcą - prezentuję Wam właśnie taką nic nie wnoszącą papkę.


Życie w Gdańsku mi się nie podoba. Po prostu - nie podoba. Wyśnione, wymarzone, wypłakane miasto - pierwsze dni pobytu zweryfikowały moje poglądy. Nic tu ciekawego nie ma, czego nie znajdę w innym większym mieście. A tramwajów nie lubię - mieszkając w mieście, gdzie ich nie ma, ciężko czasami odnaleźć się podczas podróży samochodem. Chcę wrócić do Lublina. Do mojego rodzinnego miasta. M. podczas rozmów ze mną często i gęsto drwi sobie, że Lublin nie jest moim rodzinnym miastem. Co prawda to prawda, ale wychowywałam się tylko kilka kilometrów od Lublina i bywałam tam często. A prawdziwa rewolucja nadeszła, oczywiście, wraz ze studiami. Wtedy zaczęłam chodzić do psychologa, wtedy doceniłam miasto, wtedy przeszłam prawdziwą psychiczną przemianę. Wtedy zaczęło się tam moje życie. I Lublin był. Na dobre i na złe. W tych najgorszych momentach, gdy płakałam w autobusie, za okularami przeciwsłonecznymi i w lepszych, kiedy się uśmiechałam.
Tu jest obco. Nie ma nic mojego. Nic, czego można się chwycić.
W Lublinie są miliardy wspomnień. Nieważne - złych, dobrych. Ważne, że to tu stanęłam na nogi. Podniosłam się. To TU nabrałam sił.
A zrozumiałam to krótko po wyjeździe. Z mojego rodzinnego miasta. Z miasta, w którym zostawiłam swoje serce.

I będę czekać, choćby miało to trwać latami. Choćbym miała to zrobić sama. Będę mieszkać w Lublinie.
M. usilnie próbuje skłonić mnie do mówienia (i myślenia), że jestem w "domu", każdorazowo poprawia mnie kiedy mówię "u mnie w domu" na Lublin a "u Ciebie" na Gdańsk, ale niestety, panie Michale - mój dom został daleko stąd.

I mogę - bez najmniejszego zawahania - powiedzieć, że pół roku, które mieszkałam w Lublinie, było - jak do tej pory - najlepszymi miesiącami w moim życiu.


~
Znajomych tu również nie mam. Próbowałam na początku coś ogarnąć (w czeluściach internetów), ale wiadomo, że w dzisiejszych czasach poznać kogoś nowego graniczy z cudem (to moje zdanie). U mnie też nie było z tym do końca różowo, ale było.


~
Od lipca dostanę umowę o pracę, pieczątkę ze swoim imieniem i nazwiskiem i odpowiedzialność utrzymania rodziny w swoje dwudziesto-dwu letnie łapy. Na razie jestem na stażu, spycham na innych decyzje wykonawcze, już za kilkanaście dni to ja będę świecić oczami za samą siebie.


~
Nie jestem pewna, co robię ze swoim życiem. Praca. Gdańsk. Studia? Nie wiem, co zrobić ze studiami.
Nie myślę o tym, czas leci zbyt szybko. Nie myślę o tym, czego chcę. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, jak dogrzebać się do odpowiedzi. Wiem, że chcę chodzić na siłownię. Chodzę od 7 miesięcy. Schudłam 8-9kg. Wiem, że chcę jeszcze schudnąć. Wiem, że chcę zrobić rzeźbę. Wiem, że chcę kupić ubrania. Wiem, że chcę zarabiać, żeby kupić nowe ubrania. Wiem, że chcę jeść (śmiejcie się, ale kocham jeść).
To tyle, co wiem. Siłownia i ubrania. TYLE. T Y L E, kurwa.


~
W głowie mnóstwo myśli na temat dzieci. Mieć dzidziusia. Stabilność finansowa, którą sama sobie powoli wypracowywuję dla samej siebie. Planowanie ślubu za rok.
Gdzieś tam to wszystko we mnie jest. A ja w sumie nie wiem, czego chcę.











~
Psycholog we wtorek. Doczekałam się. Najpierw wyczekiwanie na psychiatrę - nie miałam pojęcia, że na psychoterapię trzeba mieć skierowanie. Termin oczekiwania do psychiatry - dwa miesiące, na samą terapię - okolice roku. Znalazłam przychodnię, gdzie musiałam czekać półtorej tygodnia. Wątpię więc w jakość oferowanych usług. Ale innego wyjścia nie mam.



Dźwiganie na swoich barkach odpowiedzialności finansowego utrzymania rodziny, choćby tej dwuosobowej, to - wydawałoby się - takie szlachetne uczucie. Bycie głową rodziny, zachowującą (prawie) zawsze zimną krew, ratującą sytuację w nieoczekiwanym momencie, stąpającą twardo po ziemi, rozdzielającą zadania, dyrygującą bieżącymi zadaniami do zrealizowania, trzymającą w ryzach życie dwóch osób - to takie świetne uczucie. Chuj.
Odpowiedzialność, odpowiedzialność i jeszcze raz odpowiedzialność.

Ale, również, jedno z najprzyjemniejszych doznań spełnienia (wszystko zależne od charakteru, w moim przypadku przeważają silne zdolności przywódcze, upartość i nieugiętość).



Życzę Wam być przywódcami. Od tego wcale nie są chłopy. A ja jestem silną kobietą, co było powtarzane mi po wielokroć.




Justyna

poniedziałek, 15 maja 2017

Wyżalam się

Hej

Nie było mnie prawie dwa miesiące.
Oczywiście wszystko potoczyło się całkowicie inaczej, 100% inaczej, niż się tego spodziewałam. Jak zawsze.

Ale dziś nie o tym. Dziś nie o tym, co się zmieniło. Niech wystarczy Wam to, że mam co jeść (jeszcze hehe) i gdzie spać.

Dziś o czym innym.

Sama. I nieszczęśliwa.

M. był dziś u swojego kolegi. Nie ma Go do tej pory. Cieszę się, że mogę bezkarnie porobić rzeczy, których przy nim bym nie mogła, cieszę się czasem spędzonym samotnie.
Cieszę się i płaczę.

Nie mam znajomych. Mam tylko M.

[No dobra, M. wraca, poprosił mnie żebym robiła jedzenie no to cisnę. Notkę czeka edit, zapewne bardzo bardzo szybki. Czekajcie.]

poniedziałek, 20 marca 2017

Dieta, plany na przyszłość i strach

Dzień dobry.

Jak zwykle, chęć wypisania się coraz częściej zajmowała mi głowę, myśl, żeby wejść tutaj i ponownie wszystko z siebie wylać wracała coraz to nachalniej, dlatego oto jestem znów.


Za minimalnie ponad tydzień nie będzie mnie już w miejscu, w którym aktualnie siedzę i pociągam nosem z powodu przeziębienia. Za minimalnie ponad tydzień pokój, w którym spędziłam ostatnie pół roku, zostanie wyczyszczony ze wszystkich moich i M. rzeczy. I, oprócz mebli, pozostaną tam cztery puste ściany. Żeby za jakiś czas ponownie mogły zamieszkać w nim jakieś nowe osoby, prowadzić w nim swoje życie.

Ostatnie pół roku przeżyłam inaczej niż całą resztę mojego życia. Wyprowadziłam się z domu, wynajęłam pokój z chłopakiem, a co najważniejsze - uczyłam się żyć. I nadal nie jestem nauczona. I wiem, że zajmie mi to miesiące, o ile nie lata, by móc być normalnie funkcjonującą w tym świecie jednostką. Chyba niepotrzebna jest mi już do tego terapia, po latach leczenia zaczęłam analizować i wyciągać wnioski jak psycholog i zdążyłam już wystarczająco poznać te obszary swojego mózgu, które odpowiedzialne są za wyjście z epoki kamienia łupanego. Mojej osobistej epoki.

Dziś nie chcę wgłębiać się w całą moją metamorfozę, którą przeszłam dzięki psychoterapii, ani zastanawiać, ile jeszcze mam do zrobienia; dziś nie po to tu przyszłam. Dziś stoję przed Wami i mówię: wyjeżdżam. Wyprowadzam się. Wynoszę się, całą Polskę stąd.

I nie wiem. Nie wiem. Nie wiem, czy będzie to dobra decyzja. Czy jestem na to wszystko gotowa. Czy lepiej mi w znanym, czy też w bardziej obcym środowisku. Czy umiem sama stanąć na nogi.

Kocham miasto, w którym studiowałam. Trzy i pół roku temu to miasto dało mi siłę i nadzieję. Że jakoś można przetrwać. Że są jakieś inne opcje. Że wszystko się zaczyna i kończy.
Lublin. Poznawałam Cię dzięki rozsianiu uczelni po różnych osiedlach, dzięki zmianom stancji koleżanek, dzięki praktykom z uczelni, dzięki różnym atrakcjom, które oferujesz. I choć w moim sercu, wciąż jeszcze zapamiętującym tylko to, co najgorsze, jawisz się jako ten wiecznie zapadany, ciągle wietrzny, wiem, jak dużo Ci zawdzięczam.

A teraz czas Cię opuścić. Czas podziękować za wszystko, co mi dałeś i opuścić Twoje granice,



Gdańsk.



Mam plany. Mam marzenia. Mam cele. Mam obowiązki. Mam nadzieje.

Chcę pracować. Chcę nauczyć się pływać. Chcę mieć wymarzoną sylwetkę. Chcę studiować. Chcę odnaleźć swoje szczęście.

Goni za tym wszystkim Strach. Pan Strach. Ubrany elegancko, w szary garnitur, kapelusz. Jedną ręką przytrzymuje drogą teczkę, na drugiej lśni wielki, złoty zegarek. Twarz ciągle skąpana cieniem; niewidoczna. Biegnie. Ciągle biegnie. Musi przecież być ciągle przed Tobą. Ubiec Twoje plany. Marzenia. Cele. A co, jeśli Go wyprzedzisz? Nie może dopuścić do takiej sytuacji. To jego praca, rozpoczyna ją w momencie, gdy otwierasz oczy i kończy, kiedy zasypiasz.

Chociaż jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy, za ten minimalnie ponad tydzień będę jedną z najbardziej przerażonych osób na Ziemi. Zabija mnie praca. Szukanie pracy, rozmowy kwalifikacyjne, dni próbne, starzy pracownicy, którzy widzą mnie w akcji, podpisywanie umowy, koordynatorzy, kierownictwo... Zabija mnie wszystko.




Ale mam.
Plany.
Marzenia.
Cele.
Obowiązki.
Nadzieje.


Mam życie.
Przede mną całe życie. Nowe Życie. Obiecałam sobie, że postaram się zmienić swoje zachowania, przyzwyczajenia, nastawienia po wyjeździe. Chcę spróbować być całkiem inną osobą. Chcę być bardziej otwarta na innych, bardziej przyjazna. Taka, jaka nigdy nie byłam. Pamiętając, że zawsze mogę wrócić do mojej starej Ja.


A nade wszystko, chcę pracować. Tylko mój Pan Strach sprowadza mnie do parteru, boleśnie dając o sobie znać w jak zawsze - idealnym dla Niego momencie, czyli w najważniejszym dla Ciebie. Przypomina o sobie bezustannie, nie pozwalając Ci ani na minutę spokoju.


We wtorek 14 marca zakończyłam swoje leczenie u psychoterapeuty. Usłyszałam wiele ciepłych słów.
Da Pani sobie radę.
Wierzę w Panią.
Nie będzie to łatwe - wiadomo - ale wiem, że Pani sobie poradzi.
Proszę pomyśleć, ile Pani do tej pory już osiągnęła. 
Uważam, że ten wyjazd to duża szansa dla Pani.
Myślę, że w większym mieście będzie Pani miała więcej możliwości, by wykorzystać swój potencjał.


I poradzę sobie.
I choćby nie wiem co, dostanę w końcu swoje życie z powrotem. Całe. A nie wyrywane przeze mnie kawałkami, resztą sił.
I choćby miało mnie to kosztować całą moją energię, dostanę wszystko, co będę chciała.

Bo jestem dla siebie Księżniczką. A księżniczki zawsze dostają wszystko, czego chcą. Jestem giermkiem, który tylko spełnia każdą zachciankę swojej Pani.



I w tym momencie jak w każdej takiej sytuacji chciałam napisać, że - na jakiś czas - zawieszam bloga. Że odezwę się, kiedy wszystko mniej więcej się poukłada, kiedy pójdziemy ze Strachem na jakiś kompromis, kiedy będę - choć częściowo - ze wszystkich postępów zadowolona.

Ale nie. Nie będę zabraniać sobie prawa do przelania wszystkiego, szczególnie tego złego, co we mnie siedzi na bloga. Pozostawiam sobie otwartą furtkę.


I znów.
Nie chcę tej notki jeszcze kończyć.
Koniec poetyzmu, koniec wszelkich stylistycznych, gramatycznych i jakich-tam-jeszcze zabiegów.
Teraz kilka słów prosto ode mnie. Prosto z mojego serca.

28 marca, jest to data wciąż jeszcze do ustalenia, ale myślę, że raczej ostateczna, jeśli nie to 29, wyjeżdżam do Gdańska, oddalonego o ponad 500 km od mojego miejsca zamieszkania. Mam w sobie pewien mechanizm, który nie jest według mnie dobry, a który nie dopuszcza do mojej głowy bardzo istotnych informacji. To znaczy, napisałam tą całą notkę, doskonale wiedząc, że za tydzień będę mieć cały samochód zapakowany wszelakimi możliwymi gratami, ale nie zdaję sobie z tego kompletnie sprawy. Że się wyprowadzam. WYPROWADZAM. Nie wyjeżdżam, nie robię sobie wakacji. Wyprowadzam się na drugi koniec Polski. I nie będę dostawać pieniędzy od rodziców, a mój chłopak nie będzie mógł na razie podjąć pracy na pełen etat. Że to ja, JA, będę głównym źródłem naszego utrzymania. Ja, która panicznie boi się pracy, ja, która przez ostatnie pół roku nie zmieniła pracy, chociaż wkurwiał ją do reszty koordynator lub miała serdecznie dosyć jej monotonności i powtarzalności. Ja, która kilka godzin przed wybraniem się do roboty nie była w stanie nic przełknąć, o czym innym myśleć, uśmiechnąć się... Ta sama, której serce dudniło odkąd otworzyła oczy, aż do stawienia się na miejsce pracy...
I to chyba jest zadanie dla mnie najtrudniejsze, bo inne, które sobie wyznaczyłam, już wyleczyłam podczas terapii. Znaleźć siłownię, trenera - byłoby to dla mnie okropne, ponieważ mam wielkie trudności z rozmową z ludźmi, teraz wiem, że mimo, iż trochę się będę bać, no to sobie jakoś poradzę, znaleźć psychologa - to samo, znaleźć dietetyka - to samo, pójść na lekcje nauki pływania - to samo, a nawet pójść na studia (co wiąże się z dłuższym kontaktem z ludźmi) - może trochę bardziej, ale też to samo. Jeśli myślę o wszystkich tych sytuacjach, potrafię ocenić poziom mojego lęku i w każdej z nich wypada on mniej więcej podobnie. Wiadomo, będę się trochę stresować, ale podejmę działanie i jakoś sobie poradzę. Z pracą jest niestety inaczej. Tak jak już wspomniałam, nie jestem teraz nawet trochę przestraszona, opisując to wszystko, bo po prostu nie zdaję sobie sprawy, że już za tydzień będę musiała szukać nowej roboty.
Nic już więcej nie napiszę. Mogę pisać o tym godzinami, ale nie czując tego, nie będę spokojniejsza.

Żegnam się jak na razie. Zobaczymy, kiedy znów się odezwę.


Justyna


I PAMIĘTAJ JUSTYNA - NAJWAŻNIEJSZE SŁOWA OD PSYCHOTERAPEUTKI

Pani nie może dużo myśleć. Pani potrzebne jest działanie. Gdy Pani działa, strach znika.

poniedziałek, 6 marca 2017

Czego chcę

Witam.

Gdzieś tam z tyłu głowy pojawiała mi się co jakiś czas myśl, że trzeba napisać coś nowego. Chociaż w sumie niewiele się zmieniło. Zmiany mają nadejść dopiero wraz z końcem miesiąca. Czy negatywne, czy pozytywne? Przekonam się tego wkrótce.



Coraz częściej pewna myśl zaprząta moją głowę. Jak zwykle. Nie potrafię odpuścić. Chciałabym dostać odpowiedź od razu, natychmiast. Taka jestem niecierpliwa. Muszę trochę odpuścić, bo inaczej - jak zawsze - skupię się nad tym tak mocno, że zacznie wysysać to ze mnie życie. I zamiast rozwiązania problemu, pojawi się kolejny.

Coraz trudniej jest mi dobierać słowa. Nie mam pojęcia, dlaczego. Coraz częściej ich nie znajduję, zastanawiam się długo nad pojedynczym wyrazem, czasami z tego wszystkiego po prostu wyłączam stronę, pozostawiając notkę niezapisaną. W ten sposób spora część rzeczy, które chciałam napisać, zniknęła bez śladu.


Ciągle myślę nad tym, czego ja chcę. Czego, do jasnej cholery, ja chcę. W życiu. Co chcę osiągnąć, kim chcę być, co chcę robić, jak mam być szczęśliwa.


Co da mi szczęście?
Czego chcę?


Miłości. Pracy. Dzieci. Ubrań. Jedzenia. Podróżowania. Zwierząt. Spacerów. Spania. Telewizji. Spędzania czasu na niczym. Książek. Muzyki. Siłowni. Studiów. Zdrowego samochodu. Spokoju. Odpoczynku. Butów. Zabawy. Alkoholu. Harmonii. Rzygania po nocach. Nocy spędzonych poza domem. Z kimś innym. Bycia złą. Bycia dobrą. Bycia suką. Bycia przykładną kobietą. Bycia dzieckiem. Bycia dorosłym. Odpowiedzialności. Czy może jej braku. Prochów. Drogich kosmetyków. Być nikim. Być kimś. Być sama. Być w związku. Zniknięcia wszystkim.


Czego ja chcę?

/edit

No dobra, robię edit, bo nie wytrzymam. Nie wypisałam się do końca.

W moim życiu raczej cały czas będą trzymały się mnie problemy psychiczne, a nawet jeśli nie, to moja psychoterapeutka zawsze mi powtarza, że muszę się pilnować, ponieważ jakieś tam moje złe myśli, jak tylko napotkają podatny grunt, to obsieją go bardzo szybko, a ja, będąc niezbyt doświadczonym ogrodnikiem, będę tą ziemię systematycznie podlewać. Ale myślę, że świadomość tego, co czyni mnie szczęśliwą, mnie uratuje. Obecnie stoję w miejscu - mój lekarz zaraz by powiedział, że wygaduję głupoty, bo to, że zmiany nie są zauważalne, wcale nie znaczy, że nic się nie dzieje - i to coraz bardziej mnie dołuje. Nadchodzi wiosna. Słońce, chociaż jeszcze nieśmiało, coraz częściej zagląda do okien. A ja walczę ze sobą, żeby kolejny rok nie był taki bolesny jak wcześniejsze. Wiosenne przesilenie powoduje u mnie gwałtowne pogłębienie stanów depresyjnych. I chociaż jestem o wiele bardziej radosna niż w poprzednich latach, czuję, że tym razem może być bardzo podobnie. Z całych sił staram się dotrzeć wgłąb siebie, odkryć, co jest dla mnie ważne, czego chcę, czego potrzebuję, co pozwoli mi w końcu uspokoić swój zmęczony ciągłą pracą mózg, jednak nic na razie nie znajduję. Wiem, że w pewnym momencie nastąpi przełom w moim leczeniu tak, jak działo się to za każdym razem, gdy próbowałam rozwiązać jakiś problem. Chodziłam co tydzień na wizyty u psychoterapeutki, dużo jej mówiłam, słuchałam, dużo myślałam i analizowałam. I nagle przychodziło do mnie olśnienie, a rozwiązanie było czasem tak banalne, że aż sama dziwiłam się, iż mogło być tak proste.

Ale tym razem jest trochę inaczej; tym razem rozmawiamy o sprawie TAK BARDZO POWAŻNEJ, od której w sumie... zależy moje całe przyszłe życie. Bo co mi po mojej codziennej, szarej, zwykłej egzystencji? Co mi po kolejnym dniu spędzonym miło, lecz z niedosytem? Z ciągłym, bezustannym poczuciem, że czegoś mi brakuje? Że chcę więcej?

Tylko co?
Co więcej?

poniedziałek, 20 lutego 2017

Gdzie teraz jestem

Witam.

Tak, jak obiecałam, tak zrobić muszę. Czuję, że ten blog będzie dla mnie czymś bardzo ważnym. Ogromnym zbiorem moich zapisanych emocji.

Dzisiaj chcę wprowadzić (i właśnie... kogo? Bo nie czytających, bo nikt nie czyta) no niech będzie, Was, w moją chorobę. Nawiasem mówiąc, bardzo chciałabym, żeby blog się rozwijał, żebym znów mogła zawiązać jakieś nowe znajomości, a z drugiej... To bardzo osobiste miejsce dla mnie. Zastanawiam się nad zamknięciem do niego dostępu. Ale jestem również gotowa na skonfrontowanie się z kimkolwiek, kto przeczyta moje posty. Dziś jestem odważna.

Wszystko zaczęło się... Właśnie nie wiem kiedy. Narastało to stopniowo, by gdzieś na pierwszym roku studiów zacząć przeradzać się w koszmar, horror, który ciągnął się miał zamiar po dziś dzień, czyli aż do ukończenia studiów. Pierwsze objawy, które pamiętam, pojawiały się już w gimnazjum. Wtedy w ogóle nie byłam w stanie zrozumieć, co one oznaczają, wiedziałam tylko jedną rzecz - trzeba przeciwdziałać. Zdusić to w zarodku. I na początku, gdy nie były one jeszcze tak bardzo męczące, a ja miałam wystarczająco dużo siły, udawało mi się to. Przechodząc do rzeczy, pojawia się u mnie niewyobrażalnych rozmiarów strach w momencie, kiedy "nie mam nic do roboty". Znająca mnie jakieś cztery lata psychoterapeutka nie była w stanie tego zrozumieć. I być może dlatego, mówiąc może zbyt ostro, porzuciła mnie. Naprawdę. Pomogła mi rozwiązać moje wielkie problemy, z którymi nigdy bym sobie sama nie poradziła, nigdy. Ale gdy zaczęłam przychodzić z tygodnia na tydzień z tym, odsunęła się. Najpierw mówiła mi jakieś proste rzeczy, które do mnie całkowicie nie trafiają, później próbowała wymyślać jeszcze coś innego, też banały. W końcu zaczęła przesuwać spotkania. 

I w takim momencie właśnie teraz jestem. Zniechęcona jej postawą, również coraz częściej zaczęłam dzwonić do poradni i przekładać wizyty, nie widząc w nich już większego sensu. Obecnie moja sytuacja wygląda tak, iż za miesiąc przeprowadzam się całą Polskę stąd, więc nie ma również sensu szukać pomocy gdzieś indziej. A długo w takim stanie nie wytrzymam. Chociaż raczej byście nie powiedzieli, a ja sama to już w ogóle wybucham śmiechem, gdy to słyszę, wiele osób już powiedziało mi, że jestem profesjonalistką. Wszystko musi być zrobione na błysk. I na już. Dlatego nie jestem w stanie wytrzymać miesiąca stagnacji. Zarówno na siłowni, gdzie po miesiącu bez większych efektów dowalałam sobie psychicznie, jak i w mojej głowie.



Ale sądzę, że dokopałam się do swojego problemu. Mam pewne wskazówki z wizyt u psychoterapeutki; spośród jej słów wyłapywałam te, które mają dla mnie znaczenie, chłonęłam je mocno, niczym gąbka, jak jeszcze niedawno całe spotkania. Wchłaniałam wszystko w siebie aż do bólu, żeby móc później to wykorzystać. Wiele rzeczy również zrobiłam inaczej, niż chciała to psychoterapeutka. Uważała, że robienie czegoś "na siłę" niczego nie zdziała, że teraz muszę trochę przeczekać, że zrobiłam tak wiele postępów, że teraz trzeba dać organizmowi odpocząć. Nie. Nie i jeszcze raz nie. Mój organizm odpocznie, kiedy to się skończy. Wiem, czego potrzebuję. Dziś to JA wiem, czego potrzebuję. Bo do tej pory to rzeczywiście Ona tłumaczyła mi, co jest dla mnie ważne. Tym razem ja przejmuję stery.

Za mną już leczenie nerwicy lękowej, która będzie ze mną szła ramię w ramię - przez całe życie, leczenie zaburzeń kompulsyjno-obsesyjnych, leczenie kompleksu zranionego dziecka, leczenie... już nawet nie wiem czego. Za mną lata psychoterapii. 

Przede mną leczenie największego problemu mojego życia. Tak jak mówiła psychoterapeutka, wszystkie te problemy, które miałam do tej pory, przysłaniały ten największy, najgorszy, najtrudniejszy. To jakby z wielkim trudem rozwalić łupinę włoskiego orzecha, po to, żeby dostać się do zepsutego owocu. Ale owocu nie można wyrzucić - powiedzmy, że trzeba go jakimś sposobem "uleczyć". I oto właśnie moje zadanie.

Bardzo ciężko jest zdefiniować mi mój problem. Polegam, gdy próbuję go dokładnie, szczegółowo opisać. Nie wiem, być może dlatego nie dostałam zrozumienia od mojego lekarza. Ja po prostu się boję. W sumie cały czas. Boję się, bo nie potrafię się sobą zająć. Nie wiem, co mam robić w tej minucie, w następnej. Nie wiem. Na logikę wiem, że na stole leżą dwie nieprzeczytane jeszcze gazety, nowa oraz z zeszłego miesiąca, w telewizorze ponad 200 kanałów czeka na oglądanie, YouTube prosi o lajki i subskrypcje, a Internet ma te swoje terabajty czy-jakie-tam-są-największe-jednostki przepełnione ciekawymi stronami do czytania. Ale ja jakoś czuję do wszystkiego zniechęcenie. Czymkolwiek nie chcę spróbować się zająć, jakiegokolwiek zajęcia chcę się podjąć, nie mam siły. Po prostu nie mam siły. Zbyt trudno jest mi otworzyć gazetę i zacząć czytać. Włączenie telewizora i znalezienie czegoś ciekawego wiąże się z lękiem dziesiątego stopnia. I to wprowadza mnie w przerażenie. 

Oglądam dziewczyny na YT. I... płakać mi się chce. Są jakoś tak... szczęśliwe. Ja nie jestem.

Zrobiłam, co chciałam. Skończyłam studia. Wyprowadziłam się z domu na ostatni semestr studiów i zamieszkałam z chłopakiem, na co czekałam od 5 lat. Udało mi się, mimo okropnego strachu, chodzić do pracy. Chodzę na siłownię. Odchudzam się. Mam samochód. Jeżdżę nim, co jest jedną z moich ulubionych na świecie rzeczy. 

A dalej kurwa nie jestem szczęśliwa.

Nie wiem, jak to się nazywa. Depresja? Zaburzenia lękowe? Nigdy nie byłam do końca zdiagnozowana, to nie było (chyba?) zbyt ważne.

Nie umiem w spokoju napić się herbaty. Nie umiem spokojnie poczekać na autobus. Stres dogania mnie pierwszy. Strach, o cholera wie co.

Więc to nie jest tylko walka o to, że się boję, że żyję w ciągłym napięciu, że muszę przeszukać Internet wzdłuż i wszerz i znaleźć w nim interesujące mnie materiały, że muszę wykonywać pięć głębokich wdechów i pięć głębokich wydechów, że do uszu wlatywać mi ma nowo poznana, pokochana przeze mnie muzyka, a efekty na siłowni powoli będą skłaniać mnie do uśmiechu.

To jest walka o moje szczęście. I właśnie do tego, drogą konkluzji, doszłam dzięki właśnie YouTube'owi oraz pisaniu tej notki. Blog, jak pisałam, pozwala mi sobie wszystko uporządkować.
I w tym momencie widzę to doskonale. Wszystko się przejaśnia. 

Chodzi o to, by dowiedzieć się, czego w życiu pragnę. By to w końcu odkryć. 



Możnaby powiedzieć, że obecnie siedzę na dupie i nic nie robię. Skończyłam studia, do pracy chodzę 2, 3, max 4 razy w tygodniu (od święta), niby nie z mojej woli, ale nie rozglądam się za niczym (nawet jeszcze bardziej dorywczo typu raz w tygodniu). Ale coraz bardziej czuję, że ten czas jest mi bardzo potrzebny. Być może - MAM NADZIEJĘ - będzie to najważniejszy miesiąc w moim życiu.

Justyna

czwartek, 16 lutego 2017

Dzień dobry.

Dzień dobry.

To znów ja, kolejny raz próbując swoich sił w blogowaniu.
To tylko ja.

Mam na imię Justyna. To chyba na razie tyle, co powinniście o mnie wiedzieć. Spędzając czas w Internecie, coraz częściej dochodzę do wniosku, iż blogowanie to moje życie. A przynajmniej jego część. Przez ostatnie miesiące kolejno logowałam się na swój stary blog, próbowałam napisać coś konstruktywnego, niestety, za każdym razem z mizernym skutkiem, po czym na kolejne miesiące znikałam, od czasu do czasu czując w sobie gorycz. Dlatego jestem tu teraz, mimo trudu, jakie już od dłuższego czasu sprawia mi pisanie, pomimo braku wsparcia od znajomych - bloggerów, którzy już lata temu rozsypali się po świecie. Bo tak, to Wy, głównie Wy tworzyliście mojego starego bloga. Lost-effie nie przetrwałby tak długo (w kwietniu stuknie mu 10 lat), gdyby nie ludzie, którzy wracali tylko po to, by sprawdzić, co dzieje się w moim życiu. Bez nich brakłoby motywacji, chęci, sensu... Mam cichą nadzieję na powtórkę, ba, byłabym przeszczęśliwa, gdyby ten notatnik - choć odrobinę - zmieniłby moje życie, pozwalając poznać nowych ludzi.

Ten blog ma na celu być swojego rodzaju pamiętnikiem, dojrzalszą formą mojego starego Internetowego ja. Ma pokazać mi, jaką drogę przejdę przez kolejne - miejmy nadzieję - 10 lat. Ze swojej strony postaram się jak najwierniej odzwierciedlać wszystkie ważne dla mnie wydarzenia oraz zachować dojrzalszy, jak wspomniałam wcześniej, styl i język pisania. Ten blog ma na celu pomóc mi w uszeregowaniu wszystkich informacji w walce z moją chorobą, a także wskazać, czy mój stan ulega poprawie. Opisywać będzie również moje zmagania z odchudzaniem, których podjęłam się trzy miesiące temu.

Aktualnie jestem na etapie samorozwiązywania mojej dolegliwości, co spowodowane jest brakiem pomocy ze strony specjalisty psychoterapeuty z powodów bliżej mi nieznanych. Na podstawie zgromadzonych przeze mnie wskazówek i porad, uzyskanych w toku kilkuletniego leczenia, nieustannie staram się podejmować próby poprawienia swojego stanu psychicznego. Najważniejszym na tym etapie tego znachorowego leczenia jest dla mnie fakt, iż jestem w stu procentach przekonana o chęci wyleczenia z nękających mnie problemów.

Moje odchudzanie polegało z początku na intensywnych treningach na siłowni oraz ograniczeniu spożywanych posiłków, po czym po kilku straconych kilogramach zaczęłam jeść więcej, tyle samo przy tym (lub więcej) ćwicząc. Nie widząc większych zmian w swojej wadze, zdecydowałam się na wizytę u trenera, która niczego nie wniosła do poprawy mojego stanu, a przeciwnie - wyniosła - sporo gotówki z portfela. Obecnie zdecydowałam się skorzystać z diety znalezionej w Internecie, zdając sobie sprawę, że nie jest dobrym pomysłem się takowymi sugerować. Jednakże, jak na razie portfel mój z niechęcią patrzy na inne osoby, które oferując pomoc, mogłyby przyczynić się do zabrania z jego wnętrza kolejnych banknotów.

To wszystko na dziś.
Mam nadzieję, że się polubimy.

Justyna :-)