poniedziałek, 20 lutego 2017

Gdzie teraz jestem

Witam.

Tak, jak obiecałam, tak zrobić muszę. Czuję, że ten blog będzie dla mnie czymś bardzo ważnym. Ogromnym zbiorem moich zapisanych emocji.

Dzisiaj chcę wprowadzić (i właśnie... kogo? Bo nie czytających, bo nikt nie czyta) no niech będzie, Was, w moją chorobę. Nawiasem mówiąc, bardzo chciałabym, żeby blog się rozwijał, żebym znów mogła zawiązać jakieś nowe znajomości, a z drugiej... To bardzo osobiste miejsce dla mnie. Zastanawiam się nad zamknięciem do niego dostępu. Ale jestem również gotowa na skonfrontowanie się z kimkolwiek, kto przeczyta moje posty. Dziś jestem odważna.

Wszystko zaczęło się... Właśnie nie wiem kiedy. Narastało to stopniowo, by gdzieś na pierwszym roku studiów zacząć przeradzać się w koszmar, horror, który ciągnął się miał zamiar po dziś dzień, czyli aż do ukończenia studiów. Pierwsze objawy, które pamiętam, pojawiały się już w gimnazjum. Wtedy w ogóle nie byłam w stanie zrozumieć, co one oznaczają, wiedziałam tylko jedną rzecz - trzeba przeciwdziałać. Zdusić to w zarodku. I na początku, gdy nie były one jeszcze tak bardzo męczące, a ja miałam wystarczająco dużo siły, udawało mi się to. Przechodząc do rzeczy, pojawia się u mnie niewyobrażalnych rozmiarów strach w momencie, kiedy "nie mam nic do roboty". Znająca mnie jakieś cztery lata psychoterapeutka nie była w stanie tego zrozumieć. I być może dlatego, mówiąc może zbyt ostro, porzuciła mnie. Naprawdę. Pomogła mi rozwiązać moje wielkie problemy, z którymi nigdy bym sobie sama nie poradziła, nigdy. Ale gdy zaczęłam przychodzić z tygodnia na tydzień z tym, odsunęła się. Najpierw mówiła mi jakieś proste rzeczy, które do mnie całkowicie nie trafiają, później próbowała wymyślać jeszcze coś innego, też banały. W końcu zaczęła przesuwać spotkania. 

I w takim momencie właśnie teraz jestem. Zniechęcona jej postawą, również coraz częściej zaczęłam dzwonić do poradni i przekładać wizyty, nie widząc w nich już większego sensu. Obecnie moja sytuacja wygląda tak, iż za miesiąc przeprowadzam się całą Polskę stąd, więc nie ma również sensu szukać pomocy gdzieś indziej. A długo w takim stanie nie wytrzymam. Chociaż raczej byście nie powiedzieli, a ja sama to już w ogóle wybucham śmiechem, gdy to słyszę, wiele osób już powiedziało mi, że jestem profesjonalistką. Wszystko musi być zrobione na błysk. I na już. Dlatego nie jestem w stanie wytrzymać miesiąca stagnacji. Zarówno na siłowni, gdzie po miesiącu bez większych efektów dowalałam sobie psychicznie, jak i w mojej głowie.



Ale sądzę, że dokopałam się do swojego problemu. Mam pewne wskazówki z wizyt u psychoterapeutki; spośród jej słów wyłapywałam te, które mają dla mnie znaczenie, chłonęłam je mocno, niczym gąbka, jak jeszcze niedawno całe spotkania. Wchłaniałam wszystko w siebie aż do bólu, żeby móc później to wykorzystać. Wiele rzeczy również zrobiłam inaczej, niż chciała to psychoterapeutka. Uważała, że robienie czegoś "na siłę" niczego nie zdziała, że teraz muszę trochę przeczekać, że zrobiłam tak wiele postępów, że teraz trzeba dać organizmowi odpocząć. Nie. Nie i jeszcze raz nie. Mój organizm odpocznie, kiedy to się skończy. Wiem, czego potrzebuję. Dziś to JA wiem, czego potrzebuję. Bo do tej pory to rzeczywiście Ona tłumaczyła mi, co jest dla mnie ważne. Tym razem ja przejmuję stery.

Za mną już leczenie nerwicy lękowej, która będzie ze mną szła ramię w ramię - przez całe życie, leczenie zaburzeń kompulsyjno-obsesyjnych, leczenie kompleksu zranionego dziecka, leczenie... już nawet nie wiem czego. Za mną lata psychoterapii. 

Przede mną leczenie największego problemu mojego życia. Tak jak mówiła psychoterapeutka, wszystkie te problemy, które miałam do tej pory, przysłaniały ten największy, najgorszy, najtrudniejszy. To jakby z wielkim trudem rozwalić łupinę włoskiego orzecha, po to, żeby dostać się do zepsutego owocu. Ale owocu nie można wyrzucić - powiedzmy, że trzeba go jakimś sposobem "uleczyć". I oto właśnie moje zadanie.

Bardzo ciężko jest zdefiniować mi mój problem. Polegam, gdy próbuję go dokładnie, szczegółowo opisać. Nie wiem, być może dlatego nie dostałam zrozumienia od mojego lekarza. Ja po prostu się boję. W sumie cały czas. Boję się, bo nie potrafię się sobą zająć. Nie wiem, co mam robić w tej minucie, w następnej. Nie wiem. Na logikę wiem, że na stole leżą dwie nieprzeczytane jeszcze gazety, nowa oraz z zeszłego miesiąca, w telewizorze ponad 200 kanałów czeka na oglądanie, YouTube prosi o lajki i subskrypcje, a Internet ma te swoje terabajty czy-jakie-tam-są-największe-jednostki przepełnione ciekawymi stronami do czytania. Ale ja jakoś czuję do wszystkiego zniechęcenie. Czymkolwiek nie chcę spróbować się zająć, jakiegokolwiek zajęcia chcę się podjąć, nie mam siły. Po prostu nie mam siły. Zbyt trudno jest mi otworzyć gazetę i zacząć czytać. Włączenie telewizora i znalezienie czegoś ciekawego wiąże się z lękiem dziesiątego stopnia. I to wprowadza mnie w przerażenie. 

Oglądam dziewczyny na YT. I... płakać mi się chce. Są jakoś tak... szczęśliwe. Ja nie jestem.

Zrobiłam, co chciałam. Skończyłam studia. Wyprowadziłam się z domu na ostatni semestr studiów i zamieszkałam z chłopakiem, na co czekałam od 5 lat. Udało mi się, mimo okropnego strachu, chodzić do pracy. Chodzę na siłownię. Odchudzam się. Mam samochód. Jeżdżę nim, co jest jedną z moich ulubionych na świecie rzeczy. 

A dalej kurwa nie jestem szczęśliwa.

Nie wiem, jak to się nazywa. Depresja? Zaburzenia lękowe? Nigdy nie byłam do końca zdiagnozowana, to nie było (chyba?) zbyt ważne.

Nie umiem w spokoju napić się herbaty. Nie umiem spokojnie poczekać na autobus. Stres dogania mnie pierwszy. Strach, o cholera wie co.

Więc to nie jest tylko walka o to, że się boję, że żyję w ciągłym napięciu, że muszę przeszukać Internet wzdłuż i wszerz i znaleźć w nim interesujące mnie materiały, że muszę wykonywać pięć głębokich wdechów i pięć głębokich wydechów, że do uszu wlatywać mi ma nowo poznana, pokochana przeze mnie muzyka, a efekty na siłowni powoli będą skłaniać mnie do uśmiechu.

To jest walka o moje szczęście. I właśnie do tego, drogą konkluzji, doszłam dzięki właśnie YouTube'owi oraz pisaniu tej notki. Blog, jak pisałam, pozwala mi sobie wszystko uporządkować.
I w tym momencie widzę to doskonale. Wszystko się przejaśnia. 

Chodzi o to, by dowiedzieć się, czego w życiu pragnę. By to w końcu odkryć. 



Możnaby powiedzieć, że obecnie siedzę na dupie i nic nie robię. Skończyłam studia, do pracy chodzę 2, 3, max 4 razy w tygodniu (od święta), niby nie z mojej woli, ale nie rozglądam się za niczym (nawet jeszcze bardziej dorywczo typu raz w tygodniu). Ale coraz bardziej czuję, że ten czas jest mi bardzo potrzebny. Być może - MAM NADZIEJĘ - będzie to najważniejszy miesiąc w moim życiu.

Justyna

czwartek, 16 lutego 2017

Dzień dobry.

Dzień dobry.

To znów ja, kolejny raz próbując swoich sił w blogowaniu.
To tylko ja.

Mam na imię Justyna. To chyba na razie tyle, co powinniście o mnie wiedzieć. Spędzając czas w Internecie, coraz częściej dochodzę do wniosku, iż blogowanie to moje życie. A przynajmniej jego część. Przez ostatnie miesiące kolejno logowałam się na swój stary blog, próbowałam napisać coś konstruktywnego, niestety, za każdym razem z mizernym skutkiem, po czym na kolejne miesiące znikałam, od czasu do czasu czując w sobie gorycz. Dlatego jestem tu teraz, mimo trudu, jakie już od dłuższego czasu sprawia mi pisanie, pomimo braku wsparcia od znajomych - bloggerów, którzy już lata temu rozsypali się po świecie. Bo tak, to Wy, głównie Wy tworzyliście mojego starego bloga. Lost-effie nie przetrwałby tak długo (w kwietniu stuknie mu 10 lat), gdyby nie ludzie, którzy wracali tylko po to, by sprawdzić, co dzieje się w moim życiu. Bez nich brakłoby motywacji, chęci, sensu... Mam cichą nadzieję na powtórkę, ba, byłabym przeszczęśliwa, gdyby ten notatnik - choć odrobinę - zmieniłby moje życie, pozwalając poznać nowych ludzi.

Ten blog ma na celu być swojego rodzaju pamiętnikiem, dojrzalszą formą mojego starego Internetowego ja. Ma pokazać mi, jaką drogę przejdę przez kolejne - miejmy nadzieję - 10 lat. Ze swojej strony postaram się jak najwierniej odzwierciedlać wszystkie ważne dla mnie wydarzenia oraz zachować dojrzalszy, jak wspomniałam wcześniej, styl i język pisania. Ten blog ma na celu pomóc mi w uszeregowaniu wszystkich informacji w walce z moją chorobą, a także wskazać, czy mój stan ulega poprawie. Opisywać będzie również moje zmagania z odchudzaniem, których podjęłam się trzy miesiące temu.

Aktualnie jestem na etapie samorozwiązywania mojej dolegliwości, co spowodowane jest brakiem pomocy ze strony specjalisty psychoterapeuty z powodów bliżej mi nieznanych. Na podstawie zgromadzonych przeze mnie wskazówek i porad, uzyskanych w toku kilkuletniego leczenia, nieustannie staram się podejmować próby poprawienia swojego stanu psychicznego. Najważniejszym na tym etapie tego znachorowego leczenia jest dla mnie fakt, iż jestem w stu procentach przekonana o chęci wyleczenia z nękających mnie problemów.

Moje odchudzanie polegało z początku na intensywnych treningach na siłowni oraz ograniczeniu spożywanych posiłków, po czym po kilku straconych kilogramach zaczęłam jeść więcej, tyle samo przy tym (lub więcej) ćwicząc. Nie widząc większych zmian w swojej wadze, zdecydowałam się na wizytę u trenera, która niczego nie wniosła do poprawy mojego stanu, a przeciwnie - wyniosła - sporo gotówki z portfela. Obecnie zdecydowałam się skorzystać z diety znalezionej w Internecie, zdając sobie sprawę, że nie jest dobrym pomysłem się takowymi sugerować. Jednakże, jak na razie portfel mój z niechęcią patrzy na inne osoby, które oferując pomoc, mogłyby przyczynić się do zabrania z jego wnętrza kolejnych banknotów.

To wszystko na dziś.
Mam nadzieję, że się polubimy.

Justyna :-)