czwartek, 29 czerwca 2017

Zabiję się.

Co mam więcej napisać?


Postanowiłam, że idę do psychiatry. Niech mi da jakieś leki. Całe moje leczenie przeszłam jak na razie bez żadnych leków, teraz chcę spróbować. Po co sobie w sumie utrudniać życie, jak można je tylko polepszyć.
Mam już umówioną wizytę za miesiąc.


Nie wiem czego chcę, nie wiem co robię i nie wiem gdzie jestem.


Stanęłam w miejscu, w którym nie widzę znów dalszego sensu w życiu.






~ Dlatego szybciutko z tego miejsca uciekam.


/ edit

Szybki edit, ponieważ zadziało się przed chwilą coś, co mnie skłoniło do przemyśleń.
M. wybrał się na Opener'a, festiwal dla dzieci bogatych rodziców i hipsterów, ja byłam tam dwa razy, drugi raz tylko za namową M. Nie podoba mi się tam, wszystko jest drogie, nienaturalnie wręcz drogie, większość ludzi to właśnie gimnazjaliści czy licealiści z bogatych domów, którym daje się pieniądze na wszystko. W każdym razie, M. przed chwilą wysłał mi, iż ktoś dodał na fejsie, że "właśnie znalazł w toi-toi pozytywny test ciążowy" i "gratuluje przyszłym rodzicom". Nosz kurwa, ale się we mnie zagotowało. Wiadomo, że takie rzeczy trzeba wyrzucać gdzieś z dala od zasięgu wzroku innych ludzi, ale zobaczenie czegoś takiego nie jest w żadnej mierze powodem do wyśmiewania się. Kurwa, a jak to była zaplanowana ciąża i ktoś na nią czekał? A jak to była niezaplanowana ciąża i ktoś się z niej cieszy tak czy inaczej? A jak to była niezaplanowana ciąża i dla kogoś jest to właśnie najgorszy dzień życia?

Chłopy są gorszą płcią i nigdy, nigdy w życiu nie stwierdzę inaczej. Chodzące ćwierćmózgi.

Zdenerwowałam się i odwaliłam jakiś tam komentarz, coś tam czy jesteś gimnazjalistą że dalej śmieszy cię taki poziom, czy zazdrościsz, na co zaraz ktoś zareagował (płci sami się domyślcie) - "witamy mamę". I zaraz, ktoś drugi, że pewnie "tatuś nieznany".


Za stara jestem i za dużo swoich pierdolców mam w głowie, żeby choć przez chwilę przejmować się tym, co o mnie napiszą inni, a chłopów to już nawet usprawiedliwiam, bo to przecież gorsza płeć, no pisałam już. Mózgu toto nie ma, to jak ma myśleć. Ale jedno mnie boli. Do czego zmierza ten pierdolony świat. Mając 13letniego siostrzeńca, z którym spędzałam dużo czasu, to i owo się dowiedziałam, co się wyprawia teraz w szkołach. Niektórych rzeczy strach w ogóle powtarzać. Nie rozumiem, jak można nie okazywać szacunku do dziewczyn, kobiet, osób, które są w hierarchii najważniejsze, bo kto chłopu dziecko urodzi, bez kogo nie przetrwa cywilizacja. Jak można nie szanować kobiet, z natury (w większości) fizycznie słabszych, tylko wyśmiewać się z nich, że "feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść szafę" gdzieś tam, do dupy? To, że moja anatomia nie pozwala mi na udźwignięcie czegoś, ma znaczyć, że jestem gorsza i że trzeba się ze mnie wyśmiewać? Nigdy się nie wstydzę tego, że czegoś nie uniosę. Nigdy. Bo czego, do kurwy, mam się wstydzić? Że jestem dziewczyną i taka się urodziłam?

Beka również z tych, którzy uważają, że dziewczyny są słabsze psychicznie. Chuj. Kobieta wytrzyma miliard razy więcej niż byle chłop.


Ale bardziej chodziło mi o wychowywanie dzieci w dzisiejszych czasach. Sama nie wiem, czy chcę mieć dzieci, trochę je nienawidzę a trochę nie, jak już to maksymalnie jedno, ale pisząc to, mam w głowie historie siostrzeńca, a zobaczmy, że to było już dobrych kilka lat temu. I zobaczmy też, co dzieje się obecnie, jakiś pryszcz, zapewne ode mnie młodszy, ma czelność po prostu napisać mi, że, mówiąc wprost, ruchałam się z kompletnie obcym mi facetem, którego nie znam? I to wszystko na moich oczach, to wszystko właśnie SPECJALNIE po to, żebym to przeczytała, chociaż mogę mieć od kilku lat męża, chociaż może mnie to wcale nie dotyczyć bo nawet nie jestem na tej cholernej imprezie... To jest przerażające. Przerażające, jak można coś takiego zrobić człowiekowi. I teraz powiedzmy, że na moim miejscu jest ktoś młodszy, albo ktoś podatny na wpływ innych osób i co? Niszczymy komuś życie.


Aż mi się chce ryczeć. Jak można tak traktować ludzi? Nie mam pojęcia, dlaczego to się toczy w tym kierunku.
No nie mam już kurwa słów.



I coraz bardziej odechciewa mi się żyć, dlatego już zamykam dziób.



Justyna

sobota, 24 czerwca 2017

Siemaneczko i wstrętny Mercedes

Już mnie to tak gnębiło i gnębiło, że musiałam tutaj zajrzeć i się wyżalić.


Dziś, tym razem, bylibyśmy z M. świadkami wypadku.
Jadę sobie jadę Hondą dziadka M., pożyczyliśmy samochód bo dziadek chciał, żeby M. mu w czymś tam pomógł a my sobie zrobiliśmy przy okazji zakupy, no i jestem sobie już przy bloku. Opracowałam taki patent (haha) włączania kierunkowskazu, żeby każdy widział, że szukam miejsca do zaparkowania, dlatego sunę po szosie niczym ślimak. No to sobie zadowolona jadę już naszą ulicą, nagle patrzę, że jakiś Mercedes z tyłu (mam manię patrzenia do tyłu podczas jazdy) podjeżdża mi pod tyłek, ja zawsze w takich sytuacjach specjalnie im przyhamowywuję, więc to zrobiłam, po czym włączyłam kierunkowskaz, bo dojeżdżałam do miejsc przy bloku. Wstrętny Mercedes zaczął mnie wyprzedzać (wspomnieć tu trzeba, że jest to ulica, na której obowiązuje ograniczenie 30km/h, no nie oszukujmy się, tyle nikt nie jeździ, ale samo przez się zrozumiałe jest, że lepiej tu nie wyprzedzać, albo z wielką ostrożnością, bo dzieci nie dzieci, rowery nie rowery, psy nie psy itp.), kiedy z naprzeciwka, niespodziewanie, pojawiło się Twingo. Kierowca Twingo zahamował (płeć nieznana), ja zahamowałam. Gdybyśmy we dwójkę dalej jechali, skończyłoby się to źle. Kierowca wstrętnego Mercedesa - płeć nieznana, ale daję sobie uciąć kończyny, że była to gorsza płeć tzn. męska.

Po co to piszę? Ponieważ nie przydarzyło mi się nigdy jeszcze nic podobnego, czy to w przypadku bmw, czy mercedesa; chcę to zapamiętać.
I naświetlić tym, którzy zabłądzą w głębiach Internetów i to przeczytają: chłopy nie nadają się na kierowców. Większość z nich. Znaczna większość.



~
Beznadziejnie mi. Tym razem hasło - znajomi. I tęsknota za Lublinem.

Zero znajomych.
W robocie większość kobiet sporo ode mnie starszych. Wiadomo, kontakt z nimi utrzymuję, ale szukam kogoś w moim wieku.
W Lublinie miałam znajomych - lepszych, gorszych, fajniejszych, dziwniejszych - ale byli. Jacy byli, tacy byli, można było porozmawiać, spotkać się, pośmiać.
Jak można poznać ludzi?

Założyłam nawet konto na portalu randkowym, ale dziewczyny nie chcą pisać, a gówno obchodzą mnie tabuny jakichś kolesi, którzy mnie "polubili" czy weszli na mój profil.
I nie mam nic do M., ale nie rozumie on, tak dobrze jak chociażby S., że są takie momenty, kiedy chce się spotkać u kogoś na chacie, wypić po dwa piwa lub maksymalnie trzy, zagryźć chipsami i ciastkami i wypisywać głupoty po Internecie, czy wyjść do klubu i bawić się, nie do końca kontaktując. Czy położyć się na podłodze i nie chcieć z niej wstawać.
Czy po prostu poznać czyjś inny punkt widzenia.





Chuj z tym wszystkim.
Chujowe miasto.
Nie wyobrażacie sobie, jak żałuję bycia tutaj, gdy w Lublinie codziennie temperatura przekracza 27 stopni, a ja codziennie rano zakładam kurtkę i martwię się, czy nie będzie mi zimno.


Tak bardzo kocham Lublin.
Już od dawna byłam niezmiernie dumna, że stąd jestem.

Chuj z tym wszystkim.

Justyna

czwartek, 8 czerwca 2017

Wypadek

Wczoraj miałam wypadek

...prawie


Stwierdziłam, że napiszę. Stwierdziłam, że się podzielę, by wydarzenie to mieć na zawsze w pamięci.




Czekałam na ten wieczór od kilku dni. Mieliśmy jechać do ciotki Michała, do Gdyni, po ciasto, i jakoś pół śmiechem, pół żartem, pół-nie-wiem-czemu ustaliliśmy, że będę prowadzić Hondę dziadka M. w obie strony. Dużo nią jeżdżę tak czy inaczej, więc nie wiem czemu tak zdecydowaliśmy, no ale byłam nieziemsko szczęśliwa.
(Jak wiecie, to dobrze, jak nie wiecie, to kocham jeździć samochodem).


Jakoś po dwudziestej pierwszej przyjechał pod nas, pod blok dziadek M. Ja wcześniej poprosiłam M., żeby mi wyjechał spod bloku, bo stresuję się tego robić przy dziadku (zazwyczaj nigdy nie jeżdżę przy nim, bo to jego samochód i czuje się tą presję), M. mówi, że spoko. Ale dziadek stanął w takim miejscu, że powiedziałam: dobra, ja sobie na spokojnie stąd wyjadę. No i wyjechałam.

Nie przejechałam kilometra. W sumie nie wyjechałam nawet z naszej ulicy.

Pod koniec naszej ulicy jest sygnalizacja świetlna. Miałam czerwone światło i zieloną strzałkę do skrętu w prawo. Przyhamowałam jak zwykle bardzo mocno, bo albo się zatrzymuję w takich okolicznościach albo po prostu hamuję. Chciałam skręcić w prawo.

Kilka godzin wcześniej cieszyliśmy się z M., że odświeżają pasy na przejściach.

Tuż za przejściem, na pasie przeciwnym do naszego, stały pachołki, bo pasy jeszcze schły.

Chciałam tylko skręcić w prawo.

Nie spodziewałam się, nie zauważyłam, nie przewidziałam srebrnego bmw, pędzącego z prędkością około 100km/h na moim pasie.


Sekundy. Dwie. Jedna? Brakowało.

Zahamowałam. Nawet nie wiem w sumie teraz, jak. Ten obraz już mi się rozmazuje przed oczami, nie wiem, gdzie zatrzymała się Honda, nie wiem, dlaczego nawet zahamowałam (w ostatnim momencie zauważyłam to wszystko); po powrocie do domu nie pamiętałam, jakiego koloru był ten samochód, dopóki M. tego mi nie przypomniał.



Gdyby do tego czołowego zderzenia doszło, na pewno nie siedziałabym teraz tutaj, pisząc to do Was. M. powiedział, że przy takiej prędkości Honda poszłaby do kasacji.


A ja chciałam tylko skręcić w prawo. Z prędkością kilku kilometrów na godzinę.


A najśmieszniejsze, że kilkaset metrów dalej jechała sobie niczego nieświadoma policja.


Chłopy to najgorsi kierowcy. Bez wyobraźni, z jedynym w głowie pakietem myśli - żeby przyszpanować, udowodnić, że są lepsi, żeby zapierdalać.


Ja mam w głowie własne bezpieczeństwo, bezpieczeństwo pasażerów, bezpieczeństwo osób znajdujących się poza mną na jezdni i na chodnikach. Ja mam w głowie kulturę jazdy, delikatność - swoją własną technikę.





Żyję, do Gdyni dojechałam, z Gdyni też trochę wracałam, ale później, jak się na chwilę zatrzymaliśmy, bo M. chciał koniecznie podjechać na swoją działkę - to się już przesiedliśmy. W głowie cały czas miałam tamten obrazek.



Uważajcie na niebezpiecznych chłopów na Waszych ulicach.

niedziela, 4 czerwca 2017

Nie wiem.

Hej.

Dzisiejszy post będzie sklejką durnowatych, wyrwanych z kontekstu zdań. Od pewnego czasu chodzi mi po głowie, żeby coś napisać, co najśmieszniejsze - zaplanowałam już, o czym ma być notka, później zapomniałam, próbowałam sobie przypomnieć i sobie nie przypomniałam. Dlatego, z braku możliwości wylania tutaj z siebie tych emocji, które gdzieś tam głęboko we mnie schowane siedzą i wyleźć nie chcą - prezentuję Wam właśnie taką nic nie wnoszącą papkę.


Życie w Gdańsku mi się nie podoba. Po prostu - nie podoba. Wyśnione, wymarzone, wypłakane miasto - pierwsze dni pobytu zweryfikowały moje poglądy. Nic tu ciekawego nie ma, czego nie znajdę w innym większym mieście. A tramwajów nie lubię - mieszkając w mieście, gdzie ich nie ma, ciężko czasami odnaleźć się podczas podróży samochodem. Chcę wrócić do Lublina. Do mojego rodzinnego miasta. M. podczas rozmów ze mną często i gęsto drwi sobie, że Lublin nie jest moim rodzinnym miastem. Co prawda to prawda, ale wychowywałam się tylko kilka kilometrów od Lublina i bywałam tam często. A prawdziwa rewolucja nadeszła, oczywiście, wraz ze studiami. Wtedy zaczęłam chodzić do psychologa, wtedy doceniłam miasto, wtedy przeszłam prawdziwą psychiczną przemianę. Wtedy zaczęło się tam moje życie. I Lublin był. Na dobre i na złe. W tych najgorszych momentach, gdy płakałam w autobusie, za okularami przeciwsłonecznymi i w lepszych, kiedy się uśmiechałam.
Tu jest obco. Nie ma nic mojego. Nic, czego można się chwycić.
W Lublinie są miliardy wspomnień. Nieważne - złych, dobrych. Ważne, że to tu stanęłam na nogi. Podniosłam się. To TU nabrałam sił.
A zrozumiałam to krótko po wyjeździe. Z mojego rodzinnego miasta. Z miasta, w którym zostawiłam swoje serce.

I będę czekać, choćby miało to trwać latami. Choćbym miała to zrobić sama. Będę mieszkać w Lublinie.
M. usilnie próbuje skłonić mnie do mówienia (i myślenia), że jestem w "domu", każdorazowo poprawia mnie kiedy mówię "u mnie w domu" na Lublin a "u Ciebie" na Gdańsk, ale niestety, panie Michale - mój dom został daleko stąd.

I mogę - bez najmniejszego zawahania - powiedzieć, że pół roku, które mieszkałam w Lublinie, było - jak do tej pory - najlepszymi miesiącami w moim życiu.


~
Znajomych tu również nie mam. Próbowałam na początku coś ogarnąć (w czeluściach internetów), ale wiadomo, że w dzisiejszych czasach poznać kogoś nowego graniczy z cudem (to moje zdanie). U mnie też nie było z tym do końca różowo, ale było.


~
Od lipca dostanę umowę o pracę, pieczątkę ze swoim imieniem i nazwiskiem i odpowiedzialność utrzymania rodziny w swoje dwudziesto-dwu letnie łapy. Na razie jestem na stażu, spycham na innych decyzje wykonawcze, już za kilkanaście dni to ja będę świecić oczami za samą siebie.


~
Nie jestem pewna, co robię ze swoim życiem. Praca. Gdańsk. Studia? Nie wiem, co zrobić ze studiami.
Nie myślę o tym, czas leci zbyt szybko. Nie myślę o tym, czego chcę. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, jak dogrzebać się do odpowiedzi. Wiem, że chcę chodzić na siłownię. Chodzę od 7 miesięcy. Schudłam 8-9kg. Wiem, że chcę jeszcze schudnąć. Wiem, że chcę zrobić rzeźbę. Wiem, że chcę kupić ubrania. Wiem, że chcę zarabiać, żeby kupić nowe ubrania. Wiem, że chcę jeść (śmiejcie się, ale kocham jeść).
To tyle, co wiem. Siłownia i ubrania. TYLE. T Y L E, kurwa.


~
W głowie mnóstwo myśli na temat dzieci. Mieć dzidziusia. Stabilność finansowa, którą sama sobie powoli wypracowywuję dla samej siebie. Planowanie ślubu za rok.
Gdzieś tam to wszystko we mnie jest. A ja w sumie nie wiem, czego chcę.











~
Psycholog we wtorek. Doczekałam się. Najpierw wyczekiwanie na psychiatrę - nie miałam pojęcia, że na psychoterapię trzeba mieć skierowanie. Termin oczekiwania do psychiatry - dwa miesiące, na samą terapię - okolice roku. Znalazłam przychodnię, gdzie musiałam czekać półtorej tygodnia. Wątpię więc w jakość oferowanych usług. Ale innego wyjścia nie mam.



Dźwiganie na swoich barkach odpowiedzialności finansowego utrzymania rodziny, choćby tej dwuosobowej, to - wydawałoby się - takie szlachetne uczucie. Bycie głową rodziny, zachowującą (prawie) zawsze zimną krew, ratującą sytuację w nieoczekiwanym momencie, stąpającą twardo po ziemi, rozdzielającą zadania, dyrygującą bieżącymi zadaniami do zrealizowania, trzymającą w ryzach życie dwóch osób - to takie świetne uczucie. Chuj.
Odpowiedzialność, odpowiedzialność i jeszcze raz odpowiedzialność.

Ale, również, jedno z najprzyjemniejszych doznań spełnienia (wszystko zależne od charakteru, w moim przypadku przeważają silne zdolności przywódcze, upartość i nieugiętość).



Życzę Wam być przywódcami. Od tego wcale nie są chłopy. A ja jestem silną kobietą, co było powtarzane mi po wielokroć.




Justyna